Joyce zakryła usta palcami, ale jej oczy błyszczały. Margaret Blackwood wydała z siebie cichy, radosny pisk. Mężczyzna przy sąsiednim stoliku odwrócił się za późno, a jego ramiona drżały. Nawet kelner napełniający szklanki wodą uśmiechnął się ironicznie, zanim przypomniał sobie, że płacą mu za bycie niewidzialnym.
Poczułam, jak moje ciało staje się dziwnie spokojne.
Żadnego drżenia.
Żadnego szlochu.
Żadnego dramatycznego westchnienia.
Po prostu czysta, biała cisza w mojej piersi.
Spojrzałam na Ashera. Wciąż się uśmiechał, czekając, aż sala go nagrodzi, i tak się stało. Śmiech narastał wokół niego niczym brawa.
Dłoń Sary odnalazła moje kolano pod stołem.
„Willow” – wyszeptała.
Wstałam.
Moje krzesło odsunęło się z cichym zgrzytem. Nie głośno. Nie gwałtownie. Na tyle, że najbliższe stoliki odwróciły się w moją stronę.
Uśmiech Ashera błysnął.
Położyłam serwetkę na stole.