Wyszliśmy.
W samochodzie Mathieu nie odpalił od razu silnika.
Położył ręce na kierownicy.
„Powinienem był wcześniej się za tobą wstawić”.
Patrzyłam na dom jego matki przez przednią szybę.
Oświetlone okna.
Zasłonięte zasłony.
Dwanaście lat posiłków spożywanych bezmyślnie.
„Tak”.
Skinął głową.
„Wiem”.
Bez długich przeprosin.
Bez usprawiedliwień.
Tak było lepiej.
„Nie chcę już tam chodzić w każdą niedzielę” – powiedziałam.
„Dobrze”.
„Nie chcę już, żeby ludzie mówili, że za dużo myślę”.
„Dobrze”.
„I nie chcę już używać tych perfum”.
Spojrzał na mnie.
Smutno się uśmiechnęłam.
„Zabrała mi je”.
Mathieu wziął mnie za rękę.
„To znajdziemy ci inne. Albo wcale. Jak chcesz”.
„Jak ja chcę”.
Te trzy proste słowa o mało mnie nie rozpłakały.
W kolejnych tygodniach rodzina powoli się rozpadała.
Nie głośnymi krzykami.
Nieobecnościami.
Antoine spał u przyjaciela przez dziesięć dni.
Léa wyjechała do siostry do Rennes.
Françoise dzwoniła do Mathieu każdej nocy.
Odebrał dwa razy.
A potem ani razu.
Wysłała mi wiadomość.
**Przykro mi, że źle zrozumiałeś moje intencje.**
Nie odpowiedziałem.
Fałszywe wymówki czasami zasługują na ciszę, którą próbowali narzucić.
Miesiąc później Léa poprosiła mnie o spotkanie.
Umówiłem się na spotkanie w kawiarni w Nantes.
Neutralny grunt.
Bez macochy.
Bez braci.
Bez rodzinnego stołu.
Przyszła w dżinsach, szarym swetrze, z włosami niedbale związanymi z tyłu.
Bez perfum.
Wyglądała młodziej.
Bardziej zmęczona.
Bardziej autentyczna.
„Opuściłam Antoine’a na jakiś czas” – powiedziała.
Nie odpowiedziałem od razu.
„Chce, żebyśmy spróbowali go zrozumieć. Ja też. Ale nie wcześniej, niż dowiem się, kim jestem bez jego matki”.
Wyjęła z torby mały notes.
W środku zdania.
Zdania, które przepisała.
Moje.
Przepisy.
Pomysły na
Fryzura.
Uwagi Françoise.
Przewracałam strony z dziwnym uczuciem.
Jakbym czytała podręcznik, który ma mi coś ukraść.
Na środku widniał tytuł:
**Wyraźnie, ale łagodniej.**
Podniosłam wzrok.
Płakała.
„Françoise to napisała”.
Zamknęłam notes.
„Nie, Léa. To ty go zachowałaś”.
Przyjęła to ze spokojem.
„Tak”.
Ważne było, żeby nie chowała się już za moją macochą.
„Chciałam być wybrana” – powiedziała. „Pomyliłam bycie wybraną z byciem wymazaną”.
Nie spodziewałam się tego.
To była prawda.
Strasznie prawdziwa.
„Więc zacznij od nie wymazywania innych”.
Skinęła głową.
„Chciałam ci się odwdzięczyć”.
Położyła na stole małe pudełko.
W środku znajdował się flakonik moich perfum.
Prawie pełny.
Ten, który dała jej Françoise.
Nie wzięłam go.
„Zatrzymaj go”.
Wydawała się zaskoczona.
„Dlaczego?”
„Żeby ci przypomnieć, ile kosztuje niesienie czyjegoś życia”.
Spuściła wzrok.
„Przepraszam, Claire”.
„Wiem”.
„Wybaczysz mi?”
Wyjrzałam przez okno.
Ulica przejeżdżała obok.
Ludzie przychodzili i odchodzili, żyjąc swoim życiem, nieświadomi, że przy naszym stole dwie kobiety próbują odzyskać siebie.
„Jeszcze nie”.