Ochroniarz ponownie wyciągnął rękę do Leo.
Potem…
Lekkie wibracje pod palcami.
Leo zareagował natychmiast.
Uniósł lekko dziecko, pochylając je w dół, tak jak uczył go dziadek, gdy bezdomny kotek zakrztusił się plastikiem.
Mocne uderzenie.
Dwa.
Trzy.
Lekarz krzyknął: „Przestań! Doprowadzisz go do traumy!”.
Cztery.
Leo nacisnął pod szczęką i szybko, precyzyjnie pchnął.
Mały, czerwony plastikowy koralik wystrzelił i uderzył w marmurową podłogę z głośnym kliknięciem.
Przez lodowatą sekundę nikt się nie poruszył.
Potem…
Krzyk.
Głośny. Oczywiście. Żywy.
Kliknięcie nagle wróciło do normy.
Nieregularne zielenie.
Pikanie.
Oddech.
Życie.
Lekarze zbladli i oniemiali.
To nie był guz.
Dziecko krztusiło się kulką utkwioną w drogach oddechowych, ukrytą pod obrzękiem.
Maszyny szukały choroby.