Minęła minuta.
Potem pięć.
Potem…
pl.
Brak odpowiedzi.
Zadzwoniłam ponownie.
Brak odpowiedzi.
Wtedy róże przestały mi się wydawać piękne. Wyglądały zbyt jaskrawo. Zbyt ułożone. Zbyt prezentacyjne.
Powoli obeszłam stół w jadalni, przyglądając się im z każdej strony. Może przesadzam. Może Daniel był na spotkaniu. Może wybrał żółty, bo zasugerowała go florystka. Może 100 róż to jakaś oferta pakietowa.
Mimo to, moje palce były zimne.
Wtedy zauważyłam coś dziwnego.
Bukiet nie był ułożony przypadkowo.
Kilka róż w centrum było ułożonych inaczej.
Niemal jakby ktoś celowo je tam umieścił.
Przysunęłam się bliżej.
Skrajne kwiaty były pełne i otwarte, ułożone pod kątem na zewnątrz w schludny, okrągły wzór. Ale bliżej środka kilka łodyg rosło niżej, z lekko pochylonymi główkami. Nie na tyle, żeby większość ludzi to zauważyła. Wystarczyło mi.
Zaciekawiona, zaczęłam liczyć.
Dziesięć rzędów po dziesięć róż.
Policzyłam raz, potem drugi, delikatnie dotykając każdego kwiatka, gdy między nimi przechodziłam.
Dziesięć rzędów po dziesięć.
Z tym wyjątkiem, że jeden rząd nie był całkowicie żółty.
Jedna róża, mniej więcej pośrodku, miała maleńki czerwony ślad ukryty pod płatkiem.
Na początku pomyślałam, że to skaza.
Może siniak. Może farba z innego kwiatka. Delikatnie uniosłam płatek opuszkiem palca.
Czerwony ślad był mały, ale celowy.
Zaparło mi dech w piersiach.
Potem znalazłam kolejny.
I kolejny.
Były dokładnie trzy.
Trzy róże z zaznaczonymi miejscami.
Ścisnęło mnie w żołądku.
Zapomniałam o nieodebranych telefonach. Zapomniałam o słońcu na stole i kubku z kawą wciąż stojącym przy zlewie. Przez chwilę słyszałam tylko swój oddech.
Trzy róże z zaznaczonymi miejscami.
Widziałam już ten wzór wcześniej.
Lata temu.
Wspomnienie poruszyło się, stare i niechciane, niczym coś pogrzebanego pod podłogą, co nagle drapie, żeby się wydostać.
Ręce zaczęły mi drżeć.
„Nie” – powiedziałam na głos, ale w moim głosie zabrakło siły.
Znów chwyciłam telefon. Tym razem nie dzwoniłam do Daniela.
Zadzwoniłam na policję.
Dyspozytorka zapytała o moje imię, adres i o to, co się stało. Starałam się wyjaśnić, nie brzmiąc przy tym jak szaleniec.
„Do mojego domu dostarczono bukiet” – powiedziałam, ściskając krawędź stołu. „Sto żółtych róż. Żadnej kartki. Żadnego podpisu. Tylko moje imię”.
Zapadła cisza. „Proszę pani, czy grozi pani bezpośrednie niebezpieczeństwo?”
„Nie wiem” – przyznałam. „Ale trzy róże są oznaczone. Dokładnie trzy”.
Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że ścisnęło mnie w gardle.
„Oznaczone w jaki sposób?”
„Czerwone” – powiedziałam. „Małe czerwone ślady ukryte pod płatkami”.
Kolejna pauza.
„I uważasz, że to groźba?”
Znów spojrzałam na bukiet, na te trzy ukryte ślady, wpatrujące się we mnie niczym stare rany.
„Tak” – powiedziałam. „Tak”.
Funkcjonariuszka na linii kazała mi zostać w środku, zamknąć drzwi i niczego nie dotykać, dopóki ktoś nie przyjedzie.
Zrobiłam dokładnie to, co kazała.
Zamknęłam drzwi wejściowe.
Potem tylne.
Potem stanęłam na środku jadalni, wpatrując się w kwiaty, które dotarły pod nieobecność męża, czekając na policję i na Daniela, który do mnie oddzwoni.
Ale nie oddzwonił.
A najgorsze nadeszło godzinę później.
W tym czasie przyjechało już dwóch umundurowanych funkcjonariuszy i stali w mojej jadalni, patrząc na bukiet z ostrożną uprzejmością, z jaką ludzie patrzą na ciebie, gdy myślą, że możesz się czegoś bać bez powodu.
Jeden z nich, funkcjonariusz Voss, zapytał: „Mówiłaś, że twój mąż zazwyczaj przysyła białe róże?”
„Tak” – odpowiedziałam. „Zawsze białe. Nigdy żółte.”
„A on jest w delegacji?”
„Tak mi powiedział.”
Młodszy policjant spojrzał na kwiaty. „Pani Amber, rozumiem, że to niepokojące, ale kwiaciarnie czasami popełniają błędy.”
Chciałam mu wierzyć. Naprawdę.
Wtedy podjechał ciemny sedan.
Kilka minut później przez moje drzwi wejściowe wszedł mężczyzna po sześćdziesiątce. Miał siwe włosy, zmęczone oczy i twarz, która wyglądała, jakby przez długi czas skrywała zbyt wiele tajemnic.
„Jestem detektyw Kellan” – powiedział.
To imię coś we mnie poruszyło.
„Mój ojciec znał Kellana” – wyszeptałam.
Jego wzrok powędrował w moją stronę. „Pani ojciec był detektywem Ronem.”
Skinęłam głową, zaskoczona bólem, który wciąż towarzyszył mi na dźwięk imienia taty. Przez większość życia był detektywem od zabójstw. Przed śmiercią od czasu do czasu opowiadał historie ze starych śledztw, nigdy o najgorszych szczegółach, ale wystarczająco dużo, żebym wiedział, że niektóre sprawy zostają z nim na zawsze.
Detektyw Kellan podszedł do róż.
Na początku jego wyraz twarzy był spokojny.
Potem zobaczył trzy oznaczone kwiaty.
Czary odpłynęły mu z twarzy.
„Skąd się wzięły?” zapytał cicho.
„Powiedziałem im. Dostarczyła je kwiaciarnia. Bez kartki. Bez nadawcy. Tylko moje nazwisko”.
Odwrócił się do funkcjonariuszy. „Zabezpieczcie dom. Zgłoście to”.
Funkcjonariusz Voss wyprostował się. „Proszę pana?”