„Zaczynasz stukać palcami, jakbyś liczyła, kto mi ufa, a kto będzie zawiedziony”.
Wymusiłam śmiech. „To dużo jak na filiżankę herbaty”.
Dotknęła rękawa mojego nowego płaszcza. „Wyglądasz na zawstydzonego, kiedy widzę, czego ci potrzeba”.
„Nie wstydzę się”.
„Damon”.
Nienawidziłam, kiedy mówiła moje imię w ten sposób. Delikatnie, ale wystarczająco stanowczo, żeby mnie powstrzymać.
„Nic mi nie jest”.
Najpierw odwróciłam wzrok.
„Nie wstydzę się”.
Evie nigdy nie zabiegała o wyznanie. Po prostu zostawiała otwarte drzwi i czekała, czy starczy mi odwagi, żeby wejść.
Ja nigdy tego nie robiłam.
Pewnej nocy znalazłam ją siedzącą na najniższym stopniu schodów z jedną ręką przyciśniętą do ściany.
„Evie?”
Uniosła wzrok, zirytowana, że ją przyłapałam. „Nic mi nie jest”.
„Siedzisz po ciemku”.
Znalazłam ją siedzącą na najniższym stopniu schodów.
„Odpoczywałam”.
„Na schodach?”
To sprawiło, że westchnęła.
Pomogłam jej wstać i na ułamek sekundy oparła się o mnie całym ciężarem, zanim się odsunęła.
W kuchni napełniłam czajnik.
„Nie musisz się tak śpieszyć”, powiedziała.
„Robię herbatę”.
„Odpoczywałam”.
„To chociaż najpierw zagotuj wodę”.
Zawstydzony, spojrzałem na czajnik.
Zaśmiała się cicho i przez kilka minut w pokoju zrobiło się prawie normalnie. Jakbym był jej mężem. Jakby nie była tylko dachem, pod którym stoję.
Wtedy mój telefon zawibrował, przysłano mi SMS-a od Jessego.
„Jak tam emerytura?”
Zerknąłem na Evie. Uśmiechała się do kubka, który jej zrobiłem.
„Jak tam emerytura?”
„Damon?” zapytała. „Wszystko w porządku?”
„Tak” – powiedziałam, już pisząc. „Jesse po prostu jest głupi”.
„Wszystko w porządku. Jak tylko odejdzie, będę gotowa”.
Nienawidziłam siebie przez dwie sekundy.
Potem zablokowałam telefon i udawałam, że dwie sekundy nienawiści wystarczą.
***
Trzy poranki później Evie upuściła łyżkę na podłogę w kuchni.
Odwróciłam się od kuchenki. „Evie?”
Nienawidziłam siebie przez dwie sekundy.
Chwyciła się blatu. Jej usta się poruszyły, ale nie wydobyły z siebie ani słowa.
„Hej. Spójrz na mnie”.
Kolana się pod nią ugięły.
Złapałam ją, zanim uderzyła głową o podłogę.
W szpitalu znalazł mnie lekarz o zmęczonych oczach.
„Przepraszam” – powiedział. „Jej serce zamarło”.
„Po prostu jadła dżem” – wyszeptałam.
„Hej. Spójrz na mnie”.
***
Pogrzeb odbył się trzy dni później. Nosiłem płaszcz, który mi kupiła.
Claire, siostrzenica Evie, zobaczyła go pierwsza.
„Oczywiście, że go nosiłeś”.
„Zimno”.
„Nie. Nadal wiesz, jak ją wykorzystać”.
„Byłem jej mężem”.
„Byłeś jej projektem”.
To uderzyło mocniej niż „poszukiwaczka złota”, bo część mnie wiedziała, że to prawda.
„Byłem jej mężem”.
Ale pod wpływem wstydu jedna myśl wciąż się pojawiała.
Testament.
***
Następnego ranka siedziałem naprzeciwko pana Carsona, prawnika Evie, w centrum miasta.
„Dom przechodzi na Claire” – powiedział.
Usiadłem do przodu. „To niemożliwe”.
„Możliwe, Damonie. Tak jest zapisane w jej testamencie”.
„Byłem jej mężem”.
„Dom przechodzi na Claire”.
„A przed ślubem podpisałeś umowę”.