„Chcę tę!” – jęknął Hunter, wskazując lepkim palcem prosto na huśtawkę Mai, całkowicie ignorując trzy identyczne, puste huśtawki tuż obok.
„Oczywiście, że tak, kochanie” – zagruchała kobieta do syna, po czym zwróciła na mnie wzrok, jakbym była czymś, co zdrapała z podeszwy buta. Nazwijmy ją Tiffany Sterling.
Przeszła tuż obok mnie, jej designerska torba uderzyła mnie w ramię. Patrzyłam, czując rozpalający się instynkt obronny, gdy wyciągnęła ostrą, idealnie wypielęgnowaną dłoń z długimi, szkarłatnymi akrylowymi paznokciami. Nie pytała. Nie czekała. Po prostu chwyciła metalowy łańcuch huśtawki tuż nad drobnymi dłońmi Mai, gwałtownie ją zatrzymując. Maya jęknęła, jej drobne ciało szarpnęło się do przodu z nagłym zatrzymaniem, a oczy rozszerzyły się z nagłego strachu.
„Ruszaj się” – rozkazała Tiffany zimnym i beznamiętnym głosem.
Poczułam nagły, niebezpieczny przypływ gorąca w piersi, ale starałam się mówić spokojnie. „Słucham?”
„Mój syn chce się huśtać” – prychnęła, poprawiając okulary przeciwsłoneczne. „To miejsce jest dla ludzi, którzy rzeczywiście dokładają się do podatków w tej okolicy. Nie… kimkolwiek jesteś”. Obrzuciła wzrokiem moją wyblakłą bluzę z kapturem, krzywiąc usta z widocznym obrzydzeniem. „Hunter, kochanie, chodź tu. Śmieci stąd odchodzą”.
To był jawny, ohydny atak na moją godność, ale co ważniejsze, stanowił zagrożenie dla bezpieczeństwa mojego dziecka. Spokój poranka legł w gruzach. Wzięłam głęboki oddech, oceniając kobietę nie jako współmatkę, ale jako wrogą istotę. A gdy szkarłatne paznokcie Tiffany zacisnęły się na łańcuchu, szykując się do fizycznego wyrwania mojej trzyletniej córki z siedzenia, przed moimi oczami pojawił się bardzo znajomy, mroczny cień – dokładnie to samo wyrachowane, pozbawione emocji skupienie, którego używałam tuż przed wypatroszeniem konkurencyjnej korporacji.
„TY I TWÓJ CHŁOPAK JESTEŚCIE TYLKO ŚMIECIAMI Z PARKÓW PUBLICZNYCH” – syknęła, a jej cierpliwość wyparowała.
Z nagłym, gwałtownym westchnieniem Tiffany odepchnęła Mayę.
Stało się to w ułamku sekundy. Moja córka została wyrzucona z plastikowego siedzenia, niezgrabnie koziołkując w powietrzu, zanim uderzyła o ziemię. Wylądowała na miękkich, wilgotnych wiórach, obcierając dłonie. Przez chwilę panowała absolutna cisza. Potem twarz Mai się skrzywiła, a z jej gardła wyrwał się wysoki, przerażony jęk. Nie odniosła poważnych obrażeń, ale była kompletnie zszokowana.