Grzesiek przyjechał tydzień po pogrzebie. Zapukał do drzwi mieszkania mamy, nie wiedząc, że jestem w środku.
– O, cześć – powiedział, kiedy otworzyłam. – Myślałem, że nikogo nie ma.
Miał na sobie tę samą kurtkę co zawsze, szarą, wyciągniętą na łokciach. Stał w progu i patrzył gdzieś obok mnie, jakby szukał czegoś za moimi plecami.
– Wejdź – powiedziałam.
Usiedliśmy w kuchni. Segregator leżał na stole, zamknięty. Grzesiek zerknął na niego i odwrócił wzrok. I w tej sekundzie wiedziałam, że on wie, co jest w środku.
– Ile mama ci dawała? – zapytałam spokojnie, bo byłam już po etapie krzyku. Wykrzyczałam się sama, do ścian, dwa dni wcześniej.
Grzesiek milczał długo. Bębnił palcami po blacie. Wreszcie powiedział:
– Nie prosiłem jej o to. Na początku.
Na początku. To znaczy, że potem prosił. Albo przestał odmawiać, co na jedno wychodziło.
– Wiedziałeś, skąd te pieniądze? Wiedziałeś, że mama bierze je ode mnie?
– Nie pytałem.
– Ale się domyślałeś.
Cisza. Zegar na ścianie tykał tak głośno, że chciałam go zdjąć i schować do szuflady. Grzesiek patrzył na swoje ręce – duże, spracowane, z zadrapaniem na kciuku.
– Lucyna, ja wiem, że masz prawo być wściekła – zaczął.
– Nie mów mi, do czego mam prawo.
Wziął oddech. Wypuścił. I powiedział coś, czego się nie spodziewałam:
– Ja się wstydziłem. Cały czas. Za każdym razem, kiedy mama robiła ten przelew, ja wiedziałem, że to od ciebie. I wiedziałem, że ty nie wiesz. I nienawidziłem się za to, ale nie potrafiłem powiedzieć: nie trzeba. Bo trzeba było.
Trzeba było. Bo czynsz. Bo alimenty. Bo zima i rachunki. Bo życie, które się sypało, a on nie umiał go pozbierać.
Nie powiedziałam mu wtedy, że mu przebaczam. Nie powiedziałam, że nie przebaczam. Powiedziałam:
– Idź już.
I poszedł.
Mieszkanie mamy sprzedałyśmy razem – ja, Grzesiek i notariusz. Podzieliliśmy po połowie, zgodnie z prawem. Przy podpisywaniu aktu Grzesiek podał mi kopertę.
– Nie wszystko – powiedział cicho. – Ale tyle, ile udało mi się odłożyć.
W środku były banknoty. Nie liczyłam ich przy nim. W domu okazało się, że to kilka miesięcy z tych przelewów. Nie wszystkie. Ułamek.
Minął rok. Grzesiek dzwoni czasem, ja czasem odbieram. Rozmawiamy o pogodzie, o dzieciach, o tym, że trzeba odwiedzić grób mamy na Wszystkich Świętych. Nie rozmawiamy o segregatorze. Nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy.
Ale czasem, wieczorem, kiedy Wiesław wraca z trasy i siada przy kuchennym stole z herbatą, myślę o mamie. O tym, jak siedziała nad tymi blankietami przelewów i wpisywała “pomoc” albo “dla G”, i jak musiała czuć się pomiędzy nami dwojgiem – między córką, która dawała, a synem, który potrzebował. Między kłamstwem a miłością. I zastanawiam się, czy gdybym była na jej miejscu, zrobiłabym inaczej.
Nie znam odpowiedzi. I może właśnie to jest najgorsze.