Pogrzeb był w sobotę. Przyszło dwadzieścia kilka osób, sąsiadki z bloku teściowej, koleżanki z dawnej pracy w przychodni, kilka kuzynek, których nie widziałam od lat. I Agnieszka. Stała z boku, w ciemnym płaszczu, z torbą na ramieniu, jakby przyszła na chwilę i zaraz miała wyjść.
Nie płakała, ale miała taką twarz, jakby płakanie już się skończyło i zostało coś gorszego. Wiedziałam, kim jest – opiekunka teściowej, ta, która przychodziła codziennie, robiła zakupy, mierzyła ciśnienie, zostawała na noc, kiedy Stefania bała się sama. Trzy lata. Grzegorz ją znalazł przez ogłoszenie, kiedy teściowa po złamaniu biodra nie mogła już sama funkcjonować.
Na stypie Agnieszka siedziała przy końcu stołu i jadła rosół powoli, łyżką, patrząc w talerz. Nikt z nią specjalnie nie rozmawiał. Ja też nie.
Tydzień po pogrzebie Grzegorz powiedział, że trzeba iść do notariusza – sprawdzić, czy matka zostawiła testament. Nie miałam pojęcia, że Stefania w ogóle była u notariusza. Starsze pokolenie teściowej załatwiało takie rzeczy po cichu, ale Stefania? Kobieta, która każdą decyzję konsultowała z synem, od wyboru lekarza po kolor firan?
Notariusz, pan Kędzierski, przyjął nas w małym gabinecie pachnącym kawą i starym papierem. Otworzył szufladę, wyjął teczkę, poprawił okulary.
– Testament jest, sporządzony czternastego marca ubiegłego roku – powiedział tonem człowieka, który robi to trzy razy dziennie. – Jedynym spadkobiercą pani Stefania Wilczyńska ustanowiła panią Agnieszkę Krawczyk.
Cisza. Słyszałam zegar na ścianie.
– Słucham? – powiedziałam.
– Agnieszka Krawczyk – powtórzył notariusz. – Zamieszkała…
– Wiem, gdzie mieszka – przerwałam. Mieszkanie po teściowej. Dwa pokoje, kuchnia, balkon na trzecie piętro bloku na osiedlu Kazimierza Wielkiego. Meble z lat osiemdziesiątych, kryształowy żyrandol, telewizor, który Grzegorz kupił trzy lata temu, żeby matka mogła oglądać seriale. I Agnieszka, która przez ostatni rok prawie tam zamieszkała, bo Stefania nie chciała zostawać sama na noc.