O drugiej w nocy, pod osłoną ulewnego deszczu, zaparkowałem samochód trzy przecznice od osiedla Jessiki. Naciągnąłem kaptur ciemnej kurtki przeciwdeszczowej i przemknąłem przez cienie zadbanych trawników. Ręce mi drżały, gdy wyciągałem zapasowy klucz awaryjny z wnętrza pustej, ceramicznej żaby ogrodowej przy jej ganku.
Wsunąłem klucz do zamka. Przekręcił się z cichym kliknięciem.
Wślizgnąłem się do jej ciemnego, cichego domu. Pachniało drogimi aromaterami wanilii i wybielaczem. Serce znów mi zabiło mocniej.
Moje żebra ścisnęły się jak uwięziony ptak, adrenalina sprawiła, że mój wzrok stał się ostry i wąski.
Przemknęłam obok nieskazitelnie białego salonu, kierując się prosto na tył domu. Do pralni.
Włączyłam małą latarkę. Systematycznie przeszukiwałam skrupulatnie uporządkowane szafki. Sprawdziłam kosze na pranie, zlew gospodarczy, wysokie półki. Nic. Panika zaczęła drapać mnie w gardło. Pomyśl, Sarah, pomyśl. Gdzie chowasz rzeczy, których nie chcesz, żeby zobaczyła pokojówka?
Uklękłam i otworzyłam szafkę pod zlewem gospodarczym, sięgając głęboko w głąb, za ciężki stos butelek z wybielaczem przemysłowym. Moje palce otarły się o gruby, pleciony plastikowy kabel.
Wyciągnęłam go.
To było solidne, stalowe żelazko parowe Rowenta.
Ostrożnie uniosłam je w snop światła latarki, wstrzymując oddech. Tam, stopione na spiczastej metalowej płycie żelazka, znajdowały się wyraźne, zwęglone syntetyczne włókna granatowej tkaniny.
Miałem ją.
Szybko wsunąłem ciężkie żelazo do grubego plastikowego worka na dowody, który przyniosłem. Zapiąłem kurtkę. Musiałem natychmiast wyjść.
Ale kiedy wstałem, świat przestał wirować.
Przez ulewny deszcz usłyszałem nieomylny, ciężki chrzęst opon SUV-a toczących się po żwirowym podjeździe. Oślepiający błysk reflektorów przemknął przez okno pralni.
Ciężkie metalowe drzwi garażu zaczęły się podnosić z mechanicznym jękiem. Panel systemu alarmowego na ścianie zapiszczał, sygnalizując rozbrojenie.
Kroki odbiły się echem od betonowej podłogi tuż za wewnętrznymi drzwiami.
A potem z przedpokoju dobiegł głos Jessiki, spokojny, zimny i całkowicie pozbawiony zdrowego rozsądku: „Wiem, że tu jesteś, Sarah”.
Rozdział 4: Dźwięk młotka
Wstrzymałem oddech. Przywarłem płasko do zimnej pralki, ściskając plastikową torbę z żelazkiem przy piersi. Drzwi pralni były uchylone zaledwie na cal. Przez smugę ciemności obserwowałem sylwetkę Jessiki przesuwającą się po kuchni. Nie trzymała telefonu, żeby zadzwonić na policję. Trzymała ciężki, mosiężny pogrzebacz.
Miałem jedną przewagę: układ domu. Zanim dotarła do korytarza, wybiegłem z pralni tylnymi drzwiami, rzucając się w ulewny deszcz na podwórku, przeskakując przez drewniany płot dokładnie w chwili, gdy usłyszałem, jak krzyczy moje imię z tarasu.
Biegłem, aż paliły mnie płuca, ściskając dowody, które miały uratować życie Leo.