Jeden kot.
Nie dwa. Nie cała historia ratowania świata. Nie dodatkowe koszty, leczenie, podwójna karma, podwójny żwirek, podwójne wszystko. Jeden kot. Spokojny, najlepiej dorosły, może taki, który też nie oczekuje od życia fajerwerków.
Schronisko było na obrzeżach miasta, za magazynami i myjnią samochodową, w niskim budynku pachnącym środkami do dezynfekcji, mokrymi kocami i strachem zwierząt, które już raz ktoś zawiódł.
W recepcji siedziała kobieta w polarze z logo schroniska. Miała zmęczone oczy i ten rodzaj cierpliwości, który mają ludzie codziennie tłumaczący światu, że zwierzęta nie są rzeczami.
“Czego pan szuka?” — zapytała.
“Kota spokojnego” — odpowiedziałem. “Może nie kociaka. Takiego… normalnego.”
Uśmiechnęła się lekko.
“Normalnego?”
“Wie pani. Żebyśmy sobie nie przeszkadzali.”
Popatrzyła na mnie tak, jakby od razu wiedziała, że nie przyszedłem po kota, tylko po cokolwiek, co przetrwa ze mną wieczory.
Zaprowadziła mnie do części z kotami.
Niektóre podchodziły do krat od razu, ocierały się, miauczały, wciskały łapki między pręty. Inne siedziały z tyłu, skulone, z oczami pełnymi ostrożności. Na kartkach przy klatkach były krótkie opisy:
“Lubi dzieci.”
“Potrzebuje spokojnego domu.”
“Nie dogaduje się z psami.”
“Po przejściach, ale bardzo kontaktowy.”