Pamiętam ten ciężar. Prawie żaden, a jednak ogromny.
Pamiętam ciepło.
I pamiętam prostą, smutną myśl:
dawno nikt nie zaufał mi na tyle, żeby zasnąć, dotykając mnie.
W pracy zaczęli to widzieć.
Nie koty. Mnie.
Koleżanka od ekspresu zapytała któregoś dnia:
“I co? Adoptowałeś?”
Pokazałem jej zdjęcie.
Na zdjęciu Borys leżał na oparciu kanapy z miną emerytowanego kierownika magazynu, a Franek był przyklejony do niego jak jasny cień.
“Przecież to są dwa koty” — powiedziała.
“Zauważyłem.”
“I lepiej wyglądasz.”
“Śpię mniej.”
“Nie powiedziałam, że wyglądasz na wypoczętego. Powiedziałam, że lepiej.”
Miała rację.
Ale to nie znaczy, że wszystko zrobiło się łatwe.
Pierwsza wizyta u weterynarza przyniosła transportery, futro na kurtce, miauczenie pełne oburzenia i paragon, na który patrzyłem sekundę za długo. Nie była to kwota nie do udźwignięcia. Ale wystarczyła, żeby wrócił ten stary supeł w brzuchu.
Czynsz.
Prąd.
Zakupy.
Karma.
Żwirek.
Szczepienia.
A jeśli coś się stanie?
Wróciłem do domu, postawiłem dokumenty na stole i usiadłem w kurtce, nie zdejmując butów. Patrzyłem na rachunek, jakbym miał z niego wyczytać, czy wolno mi było zrobić coś dobrego, jeśli nie mam na to idealnego budżetu.
Borys wskoczył na stół.
Położył się dokładnie na rachunku.
Franek otarł się o moją kostkę.
Zaśmiałem się.
Krótko, ale prawdziwie.
Tego wieczoru zjadłem chleb z serem i odłożyłem kilka własnych zakupów na później. Nie czułem się bohaterem. To nie był wielki dramat. Po prostu wybór.
Dziwne, ale wydawał mi się łatwiejszy niż wiele rzeczy, na które wcześniej wydawałem pieniądze z przyzwyczajenia albo z samotności.
Bo pierwszy raz od dawna płaciłem za coś, co nie zapełniało pustki.
Tylko naprawdę dawało życie temu mieszkaniu.