Już jej nie usprawiedliwiałam.
Po prostu wiedziałam.
Tata naprawdę rozmawiał z prawnikiem. Mówił, że podważy testament. Że prababcia nie była świadoma. Że ktoś ją zmanipulował.
Potem okazało się, że dokumenty są czyste. Testament ważny. Świadkowie są. Notariusz wszystko potwierdza.
Wtedy skończyły się groźby.
Zaczęła się kara ciszą.
Tata przechodził obok mnie jak obok mebla. Do mamy mówił tak, żebym słyszała:
— Zapytaj dziedziczki, czy możemy używać łazienki.
Uczyłam się nie odpowiadać na każdą szpilkę.
To było trudniejsze niż kłótnia. Bo we mnie wciąż siedziała dziewczynka, która chciała, żeby ojciec przytulił ją i powiedział: „Nie rozumiałem. Przepraszam”.
Ale dorośli nie zawsze dorastają wtedy, kiedy my tego potrzebujemy.
Czasem późno.
Czasem nigdy.
Miesiąc później pojechałam zobaczyć dom na Podlasiu.
Mama pojechała ze mną. Tata nie.
— Jedźcie oglądać swój pałac — rzucił. — Pewnie myszy wam pomachają.
Dom stał w małej wsi, na końcu drogi. Drewniany, niski, z odpadającą farbą i krzywym płotem. Na podwórku rosła stara grusza. Gałęzie miała poskręcane, ale na końcach pojawiały się już małe zielone listki.
Włożyłam klucz do zamka.
Nie przekręcił się od razu.
Dopiero za trzecim razem drzwi jęknęły i ustąpiły.
W środku pachniało kurzem, zimnym drewnem i czymś, co trudno nazwać inaczej niż zamkniętym czasem.
Mama stanęła w progu.
— Byłam tu jako dziecko — powiedziała cicho. — Raz. Helena śpiewała wtedy przy kuchni. Bałam się jej, ale słuchałam.
W izbie stał stary kufer.
Otworzyłyśmy go.
W środku były zeszyty.
Dużo zeszytów.
Cienkie, grube, przewiązane sznurkiem. Pieśni, nazwiska, daty, miejscowości.
„Od Anieli z Narwi”.
„Śpiewane na weselu w 1961”.
„Pieśń matki. Nie zapomnieć”.
Nie zapomnieć.
Usiadłam na podłodze.
Mama wzięła jeden zeszyt, przekartkowała i zaczęła płakać.
— Myślałam, że to tylko jej starcze dziwactwa.
— Ja też czasem tak myślałam.
— To jest całe życie, Zosiu.
Kiwnęłam głową.
Mama usiadła obok mnie na zakurzonej podłodze, choć miała czyste spodnie.
— Ja cię nie ochroniłam.
Nie odpowiedziałam od razu.
Mówiła dalej:
— Łatwiej było mi myśleć, że jesteś silna. Że rozumiesz. Że dasz radę. Że przecież i tak jesteś w domu. Ale ty byłaś dzieckiem. Powinnam pytać, czy wytrzymujesz, a nie tylko, czy możesz zostać.
Położyłam głowę na jej ramieniu.
To nie było pełne przebaczenie.
Ale był początek.
Jesienią wróciłam do śpiewu na poważnie.
Nie było łatwo. Straciłam kilka lat. Głos miałam zamknięty, ostrożny. Nauczycielka powiedziała mi kiedyś:
— Zosiu, śpiewasz tak, jakbyś się bała, że ktoś cię usłyszy.
Prawie się roześmiałam.
Bo właśnie tak żyłam.
Pokój prababci został mój.
Nie zrobiłam z niego muzeum, ale też nie pozwoliłam zrobić składziku. Wyniosłam leki. Wytarłam stolik. Na półce położyłam tomik Mickiewicza, śpiewnik, magnetofon, kasety i zdjęcie spod szkoły muzycznej.
Tata nie wchodził tam miesiącami.
Aż pewnego wieczoru, kiedy mama była w pracy, drzwi cicho skrzypnęły.
Stał w progu.
— Mogę?
Kiwnęłam głową.
Wszedł, ale nie usiadł. Patrzył na magnetofon.
— Tę pieśń mi kiedyś śpiewała.
Wskazał kasetę.
Włączyłam.
Taśma zaszumiała. Po chwili rozległ się głos prababci.
Tata stał z rękami w kieszeniach.
Przy drugiej zwrotce powiedział:
— Nienawidziłem jej.
Nie odezwałam się.
— Jako dzieciak. Ciągle czułem, że jestem nie taki. Chciałem dorosnąć, zarabiać, jeździć ciężarówką, pokazać jej, że nie jestem pustym chłopem.
Przełknął ślinę.
— A ona patrzyła na mnie zawsze jak na tego gówniarza, który wybił szybę sąsiadce.
Spojrzałam na niego.
— Może ty też tak na siebie patrzyłeś.
Myślałam, że wybuchnie.
Nie wybuchł.
Usiadł na brzegu łóżka.
Na tym samym łóżku, przy którym przez lata zmieniałam pościel, poprawiałam poduszki i śpiewałam w ciemności kobiecie, która nie umiała przepraszać.
Tata powiedział cicho:
— Nie powinienem mówić, że od niej śmierdzi.
To nie były wielkie przeprosiny.
Nie piękna przemowa.
Ale od mojego ojca to było prawie uklęknięcie.
— Ja to słyszałam — powiedziałam.
— Wiem.
— Ona też.
Zamknął oczy.
Kaseta dobiegła końca. Magnetofon kliknął.
Tata wstał.
Przy drzwiach zatrzymał się.
— Zosia.
— Tak?
Długo szukał słów.
— Byłaś przy niej bardziej niż ja kiedykolwiek.
I wyszedł.
Zostałam w pokoju i pierwszy raz poczułam, że nie jest ciasny.
Minął rok.
Nie sprzedałam domu na Podlasiu.
Na początku myślałam, że nie dam rady. Dach przeciekał. Schody były krzywe. Okna puszczały zimno. Pieniędzy było mało. Droga daleka.