PCPR, MOPS, psycholog, dzielnicowy, potem jeszcze sąd rodzinny. Wszyscy chcieli papierów, zaświadczeń, opinii, adresów, dat.
Mara znosiła to źle, ale dumnie.
Na jednym spotkaniu urzędniczka spytała:
— Dlaczego pani wcześniej nie zgłosiła, że przebywają u pani dzieci?
Mara popatrzyła na nią.
— Bo zanim człowiek zgłosi głodne dziecko, najpierw daje mu zupę.
— Rozumiemy emocje, ale procedury…
— Pani kochana, jak dziecko płacze pod drzwiami, procedura nie otwiera. Człowiek otwiera.
Nie wszystkie dzieci mogły u niej zostać.
To bolało najbardziej.
Dla Darinki znaleziono ciotkę w innym mieście. Romek trafił do rodziny zastępczej, która zgodziła się, żeby Mara go odwiedzała. Dwaj mali bracia pojechali razem do domu, gdzie była już trójka dzieci.
Mara nie płakała przy nich.
Pakowała im rzeczy, wkładała do kieszeni po orzechu z wróżbą i mówiła:
— Jak będzie źle, przyjedziesz. Jak będzie dobrze, też przyjedziesz. Nie bądź niewdzięczny wobec szczęścia.
Dopiero wieczorem usiadła przy pustym stole.
Bez dzieci dom brzmiał inaczej.
— Widzisz, maszynisto — powiedziała. — Ratowanie też czasem boli jak kradzież.
— Pani ich nie straciła.
— Nie pocieszaj mnie tanio.
Zamilkłem.
Po chwili sama dodała:
— Ale przynajmniej nikt ich nie wrzucił byle gdzie. To już coś.
Kacper został najdłużej.
Sąd rodzinny miał zdecydować, czy tymczasowo trafi pod moją opiekę.
Na posiedzeniu siedział obok Mary, nie obok mnie.
I dobrze.
Sędzia mówiła spokojnie. Pytała o szkołę, zdrowie, relacje, warunki w moim domu. Potem zwróciła się do Kacpra:
— Chcemy usłyszeć, czego ty chcesz.
Kacper patrzył w blat stołu.
— Nie chcę do domu dziecka.
— Rozumiem. A do pana Stanisława?
Długo nie odpowiadał.
W końcu powiedział:
— On nie jest moim ojcem.
— Nikt tego nie twierdzi.
— I nie chcę, żeby ktoś tak mówił.
— Dobrze.
Kacper spojrzał na mnie po raz pierwszy od wejścia do sali.
— Jeśli pójdę do pana, Mara nie zostanie sama?
— Nie — odpowiedziałem. — Będę jej pomagał. Nadal.
— I nie będzie pan udawał, że tamtej nocy nie było?
— Nigdy.
— I nie będzie pan mnie woził przez tamten przejazd?
— Nie, jeśli sam o to nie poprosisz.
— I mogę mieć zdjęcie mamy i taty w pokoju?
Głos mi się złamał.
— Możesz mieć wszystko, co po nich zostało. I wszystko, co będziesz chciał o nich pamiętać.
Kacper kiwnął głową.
— To mogę spróbować.
Spróbować.
Nie “chcę”.
Nie “ufam”.
Tylko “mogę spróbować”.
Dla mnie to było więcej niż wyrok uniewinniający.
Bo ja nie potrzebowałem uniewinnienia.
Potrzebowałem zadania.
Kacper wprowadził się do mnie w marcu.
Mój dom był duży, za duży dla jednego starego człowieka. Od lat stał bardziej jak poczekalnia niż miejsce do życia.
Pokazałem mu pokój.
Łóżko. Biurko. Szafa. Mała lampka. Na parapecie kaktus, który Mara wcisnęła mi kiedyś na targu.
— U pana cicho — powiedział Kacper.
— Tak.
— U Mary zawsze ktoś krzyczał.
— Będzie ci tego brakować?
Wzruszył ramionami.
— Może.
Położył torbę na łóżku.
— Mogę zamykać drzwi?
— Możesz.
— Pan nie będzie wchodził bez pukania?
— Nie będę.
— Nawet jak będę płakał?
To pytanie było jak nóż.
— Jeśli będziesz chciał być sam, zostaniesz sam. Jeśli będziesz chciał, żebym był pod drzwiami, będę pod drzwiami.
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
— Po co?
— Żebyś wiedział, że ktoś jest.
Pierwszej nocy płakał.
Cicho.
Tak cicho, jak płaczą dzieci, które nauczyły się nie przeszkadzać swoim bólem.
Wstałem, podszedłem do jego drzwi i usiadłem na podłodze w korytarzu.
Nie pukałem.
Nie wchodziłem.
Po prostu byłem.
Rano otworzył drzwi i zobaczył mnie przy ścianie.
— Pan tu spał?
— Trochę.
— Głupi pan jest.
— Możliwe.
— Nie mówię tego złośliwie.
— Wiem.
Przeszedł obok do łazienki.
Ale następnej nocy nie przekręcił klucza w drzwiach.
Tak wyglądały nasze początki.
Nie jak w reklamie o nowej rodzinie.
Nie było wspólnych zdjęć, przytulania, ciepłych słów przy śniadaniu.
Były miski zupy. Cisza. Pytania, które przychodziły nagle.
— Czy mama krzyczała?
— Nie słyszałem.
— Czy tata ją trzymał?
— Widziałem, że biegł za nią.
— Czy pan się bał?
— Tak.
— O siebie?
— Też.
Za to najbardziej się wstydziłem.
Kacper odkładał łyżkę.
— Przynajmniej pan mówi prawdę.