„Co możesz?”
„Usiąść”.
Nawet od razu nie zrozumiałem.
„Pewnie, że możesz. To kanapa. Po to tu stoi”.
Usiadła na samym brzegu. Plecy proste, ręce na kolanach. Bajka leciała, a ona prawie nie mrugała. Potem wyjąłem kredki.
„Chcesz rysować?”
Wzięła czerwoną i zaraz odłożyła.
„Czerwonym można?”
„Można”.
„A jak się pomylę?”
„To weźmiemy drugą kartkę”.
Spojrzała na mnie tak, jakbym powiedział, że od jutra ludzie będą chodzić po suficie.
Przez cały dzień pytała o pozwolenie na wszystko.
Czy może napić się wody.
Czy może iść do toalety.
Czy może zdjąć buty.
Czy może dotknąć poduszki.
Czy może się śmiać, kiedy w bajce kot wpadł do wiadra.
Wtedy jeszcze próbowałem sobie tłumaczyć, że to nieśmiałość. Nowe miejsce, mama wyjechała, dziecko tęskni. Różne rzeczy dzieci potrafią wymyślić.
Ale przy kolacji wszystko stało się jasne.
Nie do końca. Ale wystarczająco, żeby we mnie zaczęła rosnąć złość.
Po misce gulaszu zrobiła się senna. Dałem jej ciepłą piżamę, pościeliłem łóżko w małym pokoju, gdzie zwykle trzymałem kartony z narzędziami. Kiedy myła zęby, wyniosłem stamtąd wszystko, co niepotrzebne.
Weszła, trzymając w rękach pluszowego królika.
Stary, szary, jedno ucho trochę dłuższe od drugiego. Na brzuchu nierówny szew czarną nitką. Zauważyłem, ale nie przywiązałem do tego wagi. Dziecięce zabawki często wyglądają tak, jakby je prano, rzucano i ciągano po podwórku.
„Jak się nazywa królik?” — zapytałem.
„Tymek”.
„Poważny gość”.
Hania przycisnęła go do siebie.
„On musi być ze mną”.
„Niech będzie”.
Włączyłem lampkę nocną.
„Zostawić drzwi otwarte?”
Zastygła.
„Można?”
„Oczywiście”.
„Nie postawisz krzesła?”
Stałem przy włączniku i poczułem zimno na plecach.
„Jakiego krzesła?”
Hania od razu schowała twarz w królika.
„Żadnego”.
Usiadłem na brzegu łóżka, ale nie za blisko.
„Haniu, kto stawia krzesło?”
Pokręciła głową.
„Powiedziałam za dużo”.
„Tutaj za słowa nikt nie karze”.
Milczała.
Nie naciskałem. Powiedziałem tylko:
„Drzwi będą otwarte. Krzesła nie postawię. Jak będziesz chciała wody albo do toalety, wołasz mnie”.
Długo patrzyła na drzwi.
„A jak w nocy wyjdę?”
„To wyjdziesz”.
„I nie będziesz zły?”
„Nie”.
Położyła się, ale spała źle. Szarpała się przez sen. Przytulała królika tak mocno, jakby to on trzymał ją przy ziemi.
O jedenastej już wybierałem numer na policję, ale najpierw zadzwoniłem do Anety. Musiałem zrozumieć, jaki dorosły pisze dziecku grafik głodu.
Nie odebrała.
Napisałem:
„Zadzwoń. Pilne. Co znaczy dzień na wodzie?”
Wiadomość została nieprzeczytana.
Chodziłem po kuchni, umyłem miskę Hani, otworzyłem lodówkę, zamknąłem. Potem wziąłem jej plecak. Nie chciałem grzebać. Naprawdę. Szukałem drugiej piżamy, bo na pierwszej była już plama po zupie.
W plecaku prawie nic nie było. Koszulka, skarpetki, szczoteczka w woreczku, kolorowanka z księżniczkami i samochodami. Wyciągnąłem ją, a ze środka wypadła złożona kartka.
Biała, w kratkę.
Pismo dorosłego.
Poniedziałek — bez kolacji.
Wtorek — woda.
Środa — chleb, jeśli milczy.
Czwartek — nie rozmawiać.
Piątek — drzwi.
Przeczytałem i nie od razu uwierzyłem, że to o dziecku.
Na dole, fioletową kredką, krzywymi literami było napisane:
„Ja naprawdę chcę być grzeczna”.
Usiadłem na podłodze przy kuchennej szafce.
Na stole stał garnek z resztką gulaszu. W zlewie kapała woda. Gdzieś na górze skrzypnęło łóżko. Hania przewróciła się przez sen albo się obudziła. Trzymałem tę kartkę i pierwszy raz od wielu lat chciałem kogoś uderzyć.
Telefon zawibrował.
Aneta.
Odebrałem od razu.
„Co wy robiliście z Hanią?” — zapytałem.
Po drugiej stronie było słychać oddech. Szybki. Poszarpany.
„Marek” — powiedziała siostra cicho. „Nie oddawaj jej z powrotem”.
Palce zacisnęły mi się na telefonie.
„Gdzie jesteś?”
„U koleżanki”.
„Jaki wyjazd służbowy?”
„Nie ma wyjazdu”.
Wstałem.
„Aneta, mów”.
„Chciałam ją wywieźć chociaż na 3 dni. Myślałam, że w tym czasie pójdę na policję i wszystko powiem. A potem przestraszyłam się, że on znajdzie nas wcześniej”.
„Kto?”
Zaczęła płakać.
„Sebastian”.
„Dlaczego miałby ją znaleźć?”