„Ja też. Tylko ja bałam się właściwych rzeczy.”
Policja pojawiła się w szpitalu nad ranem. Zgłoszenie złożył lekarz, bo przy dziecku wykryto substancję, której nikt nie powinien podawać niemowlęciu bez zaleceń medycznych. Funkcjonariuszka, starsza kobieta o spokojnym spojrzeniu, wysłuchała nas uważnie. Spisała wszystko: wizytę Teresy, buteleczkę znalezioną przez psa, wiadomość wysłaną o 2:31.
„Czy matka pana męża ma klucze do domu?” zapytała.
Marek spuścił wzrok.
„Tak.”
„Bez państwa wiedzy bywała w środku?”
Odpowiedziałam pierwsza.
„Tak.”
Marek spojrzał na mnie.
„Skąd wiesz?”
Roześmiałam się cicho, ale bez radości.
„Bo rzeczy nie przesuwają się same. Bo kocyk Leny pachniał jej perfumami, kiedy nikogo nie było w domu. Bo Borys warczał pod drzwiami pokoju dziecięcego po każdej jej wizycie. Bo od tygodni mówię ci, że ktoś narusza nasze granice, a ty odpowiadasz, że mama tylko chce pomóc.”
Te słowa zawisły między nami.
Funkcjonariuszka zapisała coś w notesie.
„Czy mają państwo monitoring?”
„Nie,” powiedział Marek.
„Mamy kamerę przy dzwonku,” powiedziałam.
Marek aż się odwrócił.
„Przecież ona nie nagrywa w nocy.”
„Nagrywa ruch.”
Nie wiedział o tym, bo to ja ją ustawiłam. Po tym, jak pewnego ranka znalazłam w kuchni filiżankę Teresy, choć poprzedniego wieczoru wszystkie naczynia były umyte. Marek wtedy uznał, że musiałam zapomnieć.
Już nie chciałam zapominać.
Pojechaliśmy do domu razem z policją. Borys leżał w korytarzu przy drzwiach pokoju dziecięcego. Kiedy weszłam, podniósł głowę i zamachał ogonem tylko raz, zmęczony, jakby cała noc odebrała mu resztkę sił. Uklękłam przy nim i objęłam jego siwy pysk.
„Przepraszam,” wyszeptałam. „Tak bardzo przepraszam, że nie rozumiałam.”
Polizał mnie po dłoni.
Marek stał za mną i płakał bezgłośnie.
Funkcjonariusze zabezpieczyli buteleczkę, kocyk, podkład spod materaca. Potem poprosili o nagrania z kamery przy drzwiach. Otworzyłam aplikację. Palce mi drżały.
Nagranie z 1:48.
Na ekranie pojawiła się Teresa.
Stała przed naszym domem w ciemnym płaszczu, z torbą przewieszoną przez ramię. Rozejrzała się, jakby bała się sąsiadów, po czym wyjęła klucz i weszła do środka.
Marek wydał z siebie dźwięk, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszałam.
Nie był to płacz. Raczej coś pękającego.
Kolejne nagranie: 2:05.
Teresa wychodziła. Szybko. Z twarzą napiętą. Trzymała w ręku coś małego, ale kamera nie złapała szczegółów.
A potem wiadomość o 2:31.
Jak tam Lena? Już śpi?
Marek osunął się na krzesło.
„Nie,” szeptał. „Nie, mamo…”
Policjantka spojrzała na niego twardo, ale nie bez współczucia.
„Musimy z nią porozmawiać.”
Teresa nie otworzyła drzwi od razu.
Kiedy w końcu wpuściła policję, miała na sobie elegancki granatowy szlafrok, starannie uczesane włosy i twarz kobiety, którą ktoś niesłusznie obudził z dobrego snu.
„Co się stało? Mareczku?” zwróciła się do syna, ignorując mnie całkowicie. „Dlaczego nie odbierałeś? Martwiłam się.”
Marek stał w jej salonie, blady jak ściana.
„Byłaś u nas w nocy.”
Teresa zamrugała.
„Słucham?”
Policjantka powiedziała:
„Mamy nagranie z kamery.”
Coś w twarzy Teresy drgnęło.
Bardzo delikatnie.
Ale widziałam to.
„Ach,” westchnęła. „Tak. Weszłam, bo się martwiłam. Anna nie odbierała, a ja miałam przeczucie.”
„O drugiej w nocy?” zapytałam.
Spojrzała na mnie z pogardą.
„Matki mają przeczucia. Może kiedyś to zrozumiesz.”
Marek zacisnął szczękę.
„Dałaś Lenie coś?”
„Co takiego?”
„Krople.”
Teresa położyła dłoń na piersi.
„Oszalałeś?”
„Mamo.”
„To ona ci to wmówiła?” Wskazała na mnie palcem. „Wiedziałam. Wiedziałam, że ta kobieta w końcu obróci cię przeciwko rodzinie. Najpierw pies, teraz ja. Ona jest chora z zazdrości, Marek. Nie znosi, że Lena mnie kocha.”
„Lena ma sześć miesięcy,” powiedziałam zimno.
„I już wie, przy kim jest spokojna.”
Wtedy Borys, który został z nami w samochodzie pod opieką drugiego policjanta, zaczął szczekać.
Głośno. Chrapliwie. Rozpaczliwie.
Teresa zesztywniała.
„Nie wprowadzajcie tego zwierzęcia do mojego domu.”
„Dlaczego?” zapytałam.
Nie odpowiedziała.
Policjantka poprosiła o zgodę na sprawdzenie torby i apteczki. Teresa najpierw protestowała. Potem mówiła o prawnikach. Potem o tym, że jest szanowaną pielęgniarką na emeryturze i nikt nie będzie jej traktował jak przestępczyni.
Słowo „pielęgniarka” zatrzymało mnie w miejscu.
Wiedziałam, że pracowała kiedyś w przychodni. Nigdy nie zastanawiałam się, co to dokładnie znaczy. Że zna dawki. Że wie, co można podać, żeby dziecko spało. Że wie, jak wygląda granica między uspokojeniem a niebezpieczeństwem.
W jej łazienkowej szafce znaleziono identyczną buteleczkę.
Ta sama etykieta. Ten sam preparat. Tyle że pełniejsza.
Teresa przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu.
A potem zrobiła coś, czego nigdy nie zapomnę.