Sprzedawałam dom po śmierci męża. Notariusz zapytał, czy chcę zachować działkę w Zakopanem. Nie wiedziałam, że ją mamy
Ale ta działka.
Zadzwoniłam do jego brata, Mariana, bo Zdzisław z nim jeździł na targi motoryzacyjne i opowiadał mu rzeczy, których mnie nie raczył. Marian westchnął w słuchawkę tak ciężko, jakby sam niósł ten sekret od lat.
– Celina, ja mu mówiłem, żeby ci powiedział. On się bał, że będziesz zła.
– Że będę zła?
– No, że pieniądze wydał bez pytania. On odkładał z napraw, które robił po godzinach. Samochody, motory, kosiarka sąsiadowi. Zbierał latami. Mówił, że chce ci zrobić niespodziankę, ale potem stwierdził, że to za wcześnie, że jeszcze nie pora, i tak to odkładał.
Piętnaście lat odkładania. Nie rozmowy, nie telefonu, nie jednego wieczoru, kiedy mógł powiedzieć: wiesz co, Celina, kupiłem nam coś. Ja w tym czasie szyłam garnitury, przerabiałam sukienki, zszywałam obrus, który Damian podarł na komunii – a on siedział w garażu i marzył o domku pod Giewontem.
Pojechałam tam w marcu. Sama. Ola chciała jechać ze mną, ale powiedziałam, że muszę to zobaczyć bez nikogo. Sześć godzin w jedną stronę, zima jeszcze trzymała się dróg, ale Tatry były już jasne, oświetlone tym ostrym słońcem, które w Zakopanem boli w oczy.
Działka leżała na zboczu, porośnięta trawą i krzakami. Obok stał pusty dom z zamkniętymi okiennicami. Z dołu widać było dachy, a za nimi Giewont. Stałam tam dwadzieścia minut, w kurtce i kaloszach, na cudzej – to znaczy mojej – ziemi i próbowałam zrozumieć.
Zdzisław nigdy nie mówił, że marzy o górach. Nigdy nie proponował wyjazdu. Raz tylko, może dziesięć lat temu, wspomniał przy kolacji, że kolega z warsztatu buduje się pod Zakopanem i że tam ponoć powietrze inne. Powiedziałam wtedy: “U nas też powietrze jest” i podałam mu kompot.
Stoję na tej działce i myślę, że to zdanie go zatrzymało. Że on usłyszał: “Nie interesuje mnie”. I więcej nie pytał.
Wróciłam do Włocławka z postanowieniem, że ją sprzedam. Damian policzył, ile może być warta – kwota, która mogłaby pokryć remont dachu i jeszcze trochę zostać. Ola milczała.
Tydzień później zadzwoniła.
– Mamo, nie sprzedawaj.
– Dlaczego?
Cisza. Potem cicho:
– Bo tata ją kupił dla ciebie.
Karteczka. “Dla Celiny. Na potem.”
Nie sprzedałam. Nie wiem, co z nią zrobię. Na razie płacę podatek gruntowy, dwa razy w roku, i mam w portfelu zdjęcie satelitarne ze Zdzisławową kreską. Czasem na nie patrzę wieczorem, przed snem.
Trochę się na niego gniewam – bo piętnaście lat to dużo milczenia. A trochę myślę, że może dobrze, że tego nie wiedziałam, bo pewnie bym mu powiedziała coś praktycznego, co zabiłoby całe marzenie.
Jeden raz w życiu zrobił coś szalonego. I nawet nie zdążył mi o tym powiedzieć.