Nie krzyczałam. Nie wyrzuciłam go. Nie zadzwoniłam do Magdy ani do Kuby. Tamtej nocy Dariusz spał w salonie na kanapie, a ja leżałam w naszym łóżku i patrzyłam w sufit, który znałam na pamięć – każdą rysę, każdy cień rzucany przez latarnię zza okna. I myślałam o jednym: ta koszula. Kiedy ją zakładał dziś rano – wiedział, że ja wiem, że ją wybraliśmy razem? Czy to już nie miało dla niego żadnego znaczenia?
Minął miesiąc. Dariusz zerwał kontakt z Karoliną – przynajmniej tak mówi. Zmienił dział w firmie. Wraca do domu punktualnie, telefon kładzie ekranem do góry, patrzy na mnie z tym swoim poczuciem winy w oczach, od którego robi mi się niedobrze.
Bo nie chcę jego poczucia winy. Nie chcę jego przeprosin wygłaszanych przy obiedzie, ani kwiatów przynoszonych w piątek, ani pytania “czy jest coś, co mogę zrobić?”. Chcę cofnąć ten czwartek. Chcę iść do fryzjerki, nie patrzeć w stronę kawiarni i żyć dalej w nieświadomości, w której żyłam trzydzieści lat.
Ale nie da się odzobaczyć tego, co się zobaczyło.
Zostałam. Na razie zostałam – nie wiem, czy z miłości, z przyzwyczajenia, czy dlatego, że nie umiem sobie wyobrazić tego mieszkania na Czubach bez jego butów w przedpokoju. Magda mówi, żebym dała mu szansę. Kuba nie wie – nie chcę go obciążać, ma swoje problemy. Koleżanki z pracy powiedziałyby “zostaw go” albo “każdemu się zdarza” – nie chcę ani jednego, ani drugiego.
Wczoraj wieczorem siedzieliśmy w kuchni i Dariusz pił kawę – czarną, bez cukru, pierwszy łyk z przymkniętymi oczami. Ten sam gest, od trzydziestu lat. Patrzyłam na niego i czułam jednocześnie czułość i coś ostrego, zimnego, co nie ma nazwy. Miłość i coś, co jest jej przeciwieństwem, w jednym pokoju, przy jednym stole.
Nie wiem jeszcze, co zrobię. Ale wiem jedno – już nigdy nie przejdę koło tamtej kawiarni tą samą drogą.