Alejandro nigdy jej nie naciskał. Nie wołał, żeby wróciła, nie rozmawiał o małżeństwie, ani nie próbował jej udobruchać. Po prostu był.
Kiedy Mateo dostał gorączki wczesnym rankiem, Alejandro pokonał drogę z centrum Guadalajary do Zapopan w niecałe dwadzieścia minut. Przeszedł przez drzwi rozczochrany, z koszulą rozpiętą do połowy, z twarzą napiętą z niepokoju.
„Gdzie mój syn?”
Mariana, wyczerpana i ze łzami w oczach, ledwo mogła mówić. Alejandro wziął chłopca na ręce, pognał z nim do szpitala i nie odstępował go na krok.
O piątej rano Mateo spokojnie odpoczywał. Mariana usiadła na krześle w korytarzu z kubkiem zimnej kawy w dłoniach.
Alejandro opadł na siedzenie obok niej.
„Powinieneś był zadzwonić wcześniej” – powiedziała delikatnie.
„Nie chciałem ci przeszkadzać”.
Spojrzał na nią z cichym smutkiem.
„Mariana, to też mój syn. A ty… nie musisz już wszystkiego dźwigać sama”.
Ścisnęła mocno kubek.
„Przyzwyczaiłam się”.
„Więc pozwól, że pomogę ci się z tym pogodzić”.
Mariana wpatrywała się w jego twarz. Twardość, która kiedyś gościła w jego oczach, złagodniała. Zmęczenie wciąż tam było, owszem, ale pod spodem powracało coś małego i ciepłego.
Rok po tym telefonie Mateo skończył cztery lata.
Uroczystość była skromna: na podwórku Mariany, z niebieskimi balonami, piniatą w kształcie dinozaura i stołem z żelatyną, tamales i ciastem tres leches.
Alejandro przybył wcześniej, żeby pomóc. Powiesił dekoracje, rozstawił krzesła i skończył cały pokryty konfetti, gdy Mateo w końcu rozbił piniatę.
Z nadejściem wieczoru, po wyjściu ostatnich gości, Mateo podbiegł do rodziców z twarzą umazaną tortem.
„Mamo, tato… jutro też będziecie razem?”
Mariana i Alejandro wymienili spojrzenia.
Nikt nie odpowiedział od razu.
Mateo spuścił wzrok i przytulił pluszowego dinozaura.
„Lubię, kiedy jesteśmy razem we trójkę”.
Mariana poczuła gulę w gardle.
Alejandro przykucnął, dorównując chłopcu.
„Jutro przyjdę do ciebie na śniadanie, mistrzu. I pojutrze też. Jeśli twoja mama…”
„Opuszcza mnie”.
Mateo odwrócił się, żeby spojrzeć na Marianę.
„Tak, mamusiu?”
Stała przez chwilę nieruchomo. Potem lekko skinęła głową.
„Tak”.
Uśmiech Mateo rozświetlił cały taras.
Później, kiedy Alejandro ustawił ostatnie krzesła, Mariana odprowadziła go do drzwi.
„Dziękuję za dzisiaj” – powiedziała.
„Dziękuję, że pozwoliłeś mi tu być”.
Zapadła długa cisza.
Wtedy Mariana się odezwała:
„Alejandro… Nie jestem już tą samą kobietą, która podpisała papiery rozwodowe cztery lata temu”.
Skinął głową.
„Wiem”.
„Nauczyłem się żyć bez ciebie”.