Kilku klientów wymieniło zszokowane spojrzenia. Ale nikt nie interweniował. To była prawdziwa siła Sibylle: nie tylko jej pieniądze, ale strach, który cierpliwie wokół siebie kultywowała.
Przez osiem lat robiła zakupy w Maison Liora, jakby okupowała terytorium. Sześć razy kazała przerabiać sukienki, upokarzała stażystki, domagała się szampana o 10 rano i groziła, że zadzwoni do „Adriena”, gdy tylko ekspedientka odmówi jej przysługi. Opowiadała wszystkim, że jej mąż, Étienne de Montreuil, negocjuje ogromną umowę z grupą Lemaire: otwarcie przyszłego flagowego sklepu na lewym brzegu Sekwany. W jej mniemaniu ta rzekoma bliskość z kierownictwem czyniła ją nietykalną.
Nie wiedziała, że Adrien Lemaire jej nienawidzi.
A przede wszystkim nie wiedziała, że Inès nie była tylko jego żoną.
To ona, za kulisami, uratowała najnowszą kolekcję.
Sześć miesięcy wcześniej, gdy sprzedaż gwałtownie spadła, a prasa rozpisywała się o domu mody, który stał się „zimny”, Inès zaproponowała bardziej intymną, bardziej francuską, mniej ekstrawagancką linię. Adrien wahał się. Akcjonariusze szydzili. Kobieta bez oficjalnego stanowiska, mówili. Żona artysty, nic więcej.
Jednak pierwsze prototypy urzekły kupujących. Kroje opowiadały inną historię: powściągliwość, pamięć, godność. Kolekcja ożywiła markę.
Aby uniknąć ataków, Inès postanowiła pozostać anonimowa aż do styczniowego pokazu mody.
W dokumentach wewnętrznych występowała pod pseudonimem N. Ravel.
Zielona sukienka nazywała się „Jeanne”, tak jak jej matka.
A Sibylle potraktowała ją jak złodziejkę światła przed całym sklepem.
Inès powoli podniosła broszkę. Jej palce ledwo drżały. Wstała bez niczyjej pomocy, pomimo bólu w nadgarstku.
„Przebiorę się” – powiedziała po prostu.
Sybylle zmarszczyła brwi, rozczarowana, że nie widzi już więcej łez.
„Zgadza się. I zostaw tę suknię. Zasługuje na kogoś lepszego niż ty.”
Inès zatrzymała się przed zasłoną w salonie.
Odwróciła głowę.
„Dużo mówisz o zasługach, Madame de Montreuil. Mam nadzieję, że zniesiesz to, kiedy ludzie wkrótce zaczną mówić o twoich.”
Zapadła cisza.
Sybylle uniosła brodę.
„Grozisz mi?”
Inès weszła do salonu, nie odpowiadając.
Za zasłoną zamknęła oczy. Policzek ją palił. Serce biło jej za szybko. Położyła suknię na fotelu, a potem zauważyła zaczerwieniony nadgarstek. W końcu narastał w niej gniew, nie głośny, ale głęboki.
Podniosła telefon.
Miała już trzy nieodebrane połączenia od Adriena.
Dwadzieścia minut wcześniej wysłała mu zdjęcie sukienki z prostą wiadomością: „Podszewka leży lepiej niż się spodziewałam. Przyjdź i zobacz, jeśli możesz”.
Adrien odpisał: „Wychodzę z biura. Za 10 minut”.
Zawahała się. Nie chciała, żeby to się przerodziło w scenę. Nie chciała być „żoną szefa”, która doprowadza klienta do upadku. Nie chciała, żeby jej ból został pomylony z przywilejem.
Wtedy, zza zasłony, ponownie rozległ się głos Sibylle:
„Salomé, proszę, zwróć uwagę, że nie pozwolę, żeby ta sukienka została odłożona na wieszak po niej. Wyczyść ją. Albo spal”.
Inès pozostała nieruchoma.
telefon komórkowy.
Coś pękło.
Wysłała Adriena pojedynczą wiadomość.
„Nie wchodź przez biuro. Wejdź przez sklep.”
Na zewnątrz, w tym samym momencie, przed witryną sklepową zatrzymał się czarny samochód, w deszczu.
Klamka szklanych drzwi poruszyła się.
CZĘŚĆ 2
Adrien Lemaire wszedł bez płaszcza, jakby przemierzył Paryż, zapominając o zimnie.
Cały salon zesztywniał.
Sibylle natychmiast się wyprostowała, jej wyrafinowany uśmiech był już gotowy.
„Panie Lemaire, co za cudowna niespodzianka…”
Adrien nie spojrzał na nią. Jego wzrok padł na Inès, która wyszła z salonu z posiniaczonym policzkiem i mocno przyciśniętym nadgarstkiem. Przeszedł przez sklep i uklęknął przed nią, tam, na kości słoniowej dywanie.
„Kto ci to zrobił?”
Inès wyszeptała:
„Ona.”
Słowo spadło jak brzęk tłuczonego szkła.
Sybylle zbladła.
„Zapewniam panią, że to nieporozumienie. Ta osoba była bezczelna…”
Adrien powoli wstał.
„Ta osoba to moja żona”.
Capucine zakryła usta dłonią.
Sprzedawczynie wstrzymały oddech.
Sybylle cofnęła się o krok, potem o kolejny.
Adrien dodał cicho:
„A sukienka, którą chciała pani spalić, nosi podpis projektanta, który uratował ten sklep”.
W tym momencie Salomé wyszła zza lady z tabletem z aparatem.
„Panie Lemaire… musi pan to zobaczyć”.
Na ekranie, przed uderzeniem, słychać było Sibylle mówiącą do córki:
„Kiedy pani ojciec podpisze umowę z Lemaire, ten sklep praktycznie będzie należał do nas”.
Potem kolejne zdanie, jeszcze straszniejsze.
„A tę anonimową dziewczynkę nauczę, jak zniknąć”.
CZĘŚĆ 3
Nikt się nie ruszył.
Nawet deszcz na witrynach sklepowych zdawał się ustać.
Adrien wziął tablet od Salomé. Nie spojrzał od razu na Sibylle. Spojrzał na ekran drugi raz, potem trzeci, jakby chciał się upewnić, że przemoc tkwi nie tylko w geście, ale i w intencji.
Była tam.
Wyraźna. Zimna. Wyrachowana.
Sybylle nie straciła panowania nad sobą. Dokonała wyboru.
Jej twarz, kilka minut wcześniej, pojawiła się z profilu na nagraniu. Obserwowała Inès, oceniała ją, czekając, aż nikt nie zainterweniuje. Potem powiedziała Capucine, że jej ojciec wkrótce będzie miał wystarczająco dużo wpływów, by „oczyścić” sklep z tych, którzy nie pasują do wizerunku marki.
Capucine na nagraniu nie śmiała się. Patrzyła w podłogę.
W salonie wystawowym młoda kobieta była bliska łez.
„Tata nie wie, że tak mówisz” – wyszeptała.
Sybylle gwałtownie odwróciła głowę.
„Cicho bądź”.
Jej głos stracił jednak ostrość. Był teraz tylko oszalałym, suchym dźwiękiem.
Adrien położył tablet na ladzie.
„Pani de Montreuil, przeprosi pani moją żonę”.
Sybylle zamrugała, jakby słowo „przeprosiny” należało do obcego języka.
„Oczywiście. Oczywiście. Gdybym wiedział…”
„Nie”.
Adrien zrobił krok w jej stronę.