Smażyłam kurczaka, aż skórka chrupała i nabrała złocistego koloru. Piekłam biszkopty, które rosły jak miękkie, białe pięści. Mieszałam krewetki z kaszą kukurydzianą, szynkę w glazurze, jarmuż, placek brzoskwiniowy, sos red-eye, słodką herbatę w kryształowych dzbankach. Ogromna południowa uczta, taka, która według Marcusa dowodziła, że kobieta zna swoje miejsce.
Moja warga pulsowała za każdym razem, gdy się uśmiechałam.
O szóstej trzydzieści Marcus zszedł na dół w granatowym szlafroku, świeżo wykąpany, tak zadowolony z siebie, że zatruwał powietrze. Celeste szła za nim, z diamentami na szyi, mimo że słońce ledwo wzeszło.
Marcus zatrzymał się w wejściu do jadalni. Jego oczy rozszerzyły się na widok tego wszystkiego.
„No cóż” – powiedział, odsuwając krzesło u szczytu stołu. „To dobra żona”.
Celeste mruknęła z zadowoleniem. „Widzisz? Dyscyplina czyni dom zdrowszym”.
Odkładałam srebrne sztućce pojedynczo. Zestaw należał do mojej babci. Marcus kiedyś próbował go sprzedać, żeby spłacić dług z pokera. Powiedział kupującemu, że jestem sentymentalna, słaba i łatwa do opanowania.
„Usiądź” – powiedziałam.
Mrugnął. „Słucham?”
„Jedzenie stygnie”.
Jego uśmiech się wyostrzył. „Uważaj, Leno”.
Nalałam mu kawy. „Śmietanka, bez cukru. Jak zawsze”.
Odchylił się do tyłu, triumfalnie. „Może jest jeszcze dla ciebie nadzieja”.
Jego telefon zawibrował obok talerza. Zignorował go. Potem zawibrował ponownie. I znowu. Celeste zmarszczyła brwi.
„Popularne dziś rano?” – zapytałam.
Marcus zerknął na ekran. Po raz pierwszy jego twarz zmieniła kolor.
Nieznany numer.
Potem kolejny.
Potem jego prawnik.
Potem jego bank.
Powoli podniósł wzrok. „Co robiłeś?”
Posmarowałem masłem herbatnik. „Gotowałem”.
Domofon przy bramie wjazdowej zadzwonił raz. Marcus zesztywniał.
Zanim zdążył się ruszyć, włączyły się głośniki. Jego własny głos wypełnił pomieszczenie, leniwy i pijany.
„Lena podpisuje wszystko, co jej położę. Nie czyta umów. Czyta książki kucharskie”.
Celeste upuściła widelec.
Potem rozległ się kolejny głos. Śmiejąca się kobieta. Potem znowu Marcus.
„Jak tylko zarząd ją wyrzuci, firma będzie moja. Jej bracia mnie nie tkną. To przestępcy. Pogrzebię ich jednym telefonem”.
Marcus zerwał się na równe nogi. „Wyłącz to”.
Nie ruszyłem się z miejsca.
Ponieważ nagranie to zostało już wysłane do mojego dzika
d, jego adwokat, trzech śledczych federalnych i prokurator okręgowy, którego mój drugi brat przepuścił przez studia prawnicze lata, zanim Marcus poznał moje nazwisko.
Drzwi kuchni otworzyły się szeroko.