Spojrzałam na nią.
Jej oczy były szeroko otwarte. I po raz pierwszy nie wyglądała jak kobieta z mojego koszmaru, która przyszła mi zabrać spokój. Wyglądała jak ktoś, kto właśnie zrozumiał, że poślubił wersję mężczyzny napisaną przez niego samego.
„Mówiłeś, że próbowałeś” — szepnęła. — „Że jej rodzina cię wyrzuciła. Że nie pozwolili ci zobaczyć dzieci.”
Marek zacisnął szczękę.
„Paula, nie teraz.”
„Nie teraz?” — powtórzyła. — „Ty przyprowadziłeś mnie tu, żebym patrzyła, jak żądasz nazwiska dla synów, których porzuciłeś, i mówisz mi ‘nie teraz’?”
Kuba popatrzył na nią uważnie.
„Nie wiedziała pani?”
Paula potrząsnęła głową.
„Nie.”
Kamil odezwał się cicho:
„To proszę uważać. On dobrze brzmi, kiedy kłamie.”
Marek zerwał się z krzesła.
„Dość! Nie będę poniżany we własnej sprawie przez dwóch nastolatków!”
„To nie jest twoja sprawa” — powiedziałam w końcu.
Wszyscy spojrzeli na mnie.
Przez chwilę czułam się znów jak ta siedemnastoletnia dziewczyna na szpitalnym łóżku. Włosy rozrzucone na poduszce, twarz blada, dwa maleńkie ciała w ramionach. Na zdjęciu z 2010 roku uśmiechałam się, bo pielęgniarka powiedziała: „No, mama, pokaż im, że się cieszysz.” A ja naprawdę się cieszyłam. I byłam przerażona. I bolało mnie wszystko. I nie miałam pojęcia, jak zapłacę za następne pieluchy.
„To jest sprawa moich synów” — powiedziałam. — „I moja. Ty jesteś gościem spóźnionym o szesnaście lat.”
Marek zacisnął usta.
„Czyli zabronisz im odziedziczyć to, co im się należy?”
„Nie. Jeśli mają prawo do czegokolwiek, ustalimy to przez sąd. Ale nie kupisz ich nazwiska obietnicą pieniędzy. Nie wejdziesz do ich życia jako wybawca, kiedy przez lata byłeś nieobecnością. Nie będziesz opowiadał ludziom, że wróciłeś jako ojciec, bo fundacja twojego ojca potrzebuje linii krwi.”
Na te słowa Paula gwałtownie spojrzała na Marka.
„Fundacja?”
Marek zbladł jeszcze bardziej.
A więc tego też jej nie powiedział.
Prawnik odchrząknął.
„Panie Hartman, myślę, że powinniśmy—”
„Zamknij się” — warknął Marek.
To był jego drugi błąd tego dnia.
Pierwszym było przyjście.
Drugim było zapomnienie, że jego własny prawnik nie był rodziną i nie miał obowiązku milczeć dla miłości.
Mężczyzna spiął usta, zebrał swoje dokumenty i wstał.
„W takim razie dalsze rozmowy proszę prowadzić przez kancelarię. Pani Anno, przepraszam za formę tej wizyty.”
Marek patrzył na niego z niedowierzaniem.
Prawnik wyszedł.
Paula położyła torebkę na krześle, jakby nagle zrobiła się zbyt ciężka.
„Jakiej linii krwi?” — zapytała.
Marek przetarł twarz dłonią.
„Ojciec przepisał część udziałów na fundusz rodzinny. Warunki są skomplikowane.”
„Nie” — powiedziałam. — „Warunki są proste. Jeśli Marek ma biologiczne dzieci, jego udział w funduszu rośnie. Jeśli ich uzna i wprowadzi do struktury rodzinnej przed ich osiemnastymi urodzinami, dostaje kontrolę nad częścią kapitału edukacyjnego.”
Kuba zmrużył oczy.
„Skąd to wiesz?”
Wzięłam z półki drugi segregator.
Ten nowy.
Czerwony.
Położyłam go na blacie.
Marek spojrzał na niego jak na granat.
„Bo kiedy dwa miesiące temu ktoś z kancelarii twojego ojca zadzwonił do mnie przez pomyłkę, prosząc o numer konta do ‘aktualizacji danych spadkobierców’, zaczęłam zadawać pytania. A potem wynajęłam prawniczkę.”
Kamil niemal się uśmiechnął.
„Wiedziałem.”
„Nie wszystko” — powiedziałam. — „Ale wystarczająco.”
Otworzyłam segregator.