Spojrzałam na niego. Naprawdę spojrzałam. Na jego twarz, na rozrzucone ubrania, na kubek, którego nie zaniósł do zlewu od rana. I nagle wszystko ułożyło się w jedną, bolesną całość.
Nie był zagubiony. Nie był chwilowo słaby. On po prostu uznał, że może mnie wykorzystywać.
– Paweł, słyszałam dzisiaj, co mówiłeś w garażu.
Dopiero wtedy ściszył telewizor.
– Co?
– Że jestem darmową służącą. Że nie mam dokąd pójść. Że spłacę wszystko, bo jestem wplątana w twoje problemy.
Przez moment milczał. Potem przewrócił oczami.
– Marta, no proszę cię. Gadanie przy chłopakach. Żarty.
– Żartem jest to, że pracuję na trzy etaty?
– Nikt ci nie kazał.
To zdanie zabolało bardziej niż tamten śmiech.
– Nikt mi nie kazał? To kto płacił twoje raty? Kto rozmawiał z windykacją? Kto oddał mamie pieniądze? Kto przez dwa lata nie kupił sobie nawet normalnych butów?
Paweł wstał, już zły.
– Nie rób ze mnie potwora. Też mam ciężko. Myślisz, że mi jest łatwo patrzeć, jak się tak miotasz?
„Jak się miotasz”. Jakby moje zmęczenie było czymś żałosnym, co przeszkadza mu w spokojnym oglądaniu telewizji.
Tamtej nocy spałam na kanapie. Rano Paweł wyszedł bez słowa. Ja zadzwoniłam do prawniczki, której numer dostałam kiedyś od koleżanki z apteki. Głos mi się łamał, kiedy mówiłam o kredytach, pożyczkach i przelewach.
Prawniczka, pani Elżbieta, przerwała mi tylko raz.