Podziękowałam jej, odłożyłam słuchawkę i stanęłam nieruchomo w ciemnym korytarzu. Jeśli poruszę się za szybko, zacznę krzyczeć i gołymi rękami zrywać płyty gipsowo-kartonowe.
Nagle w ciemnym holu rozświetlił się ekran mojego telefonu.
Trzy nieodebrane połączenia. Wszystkie od mamy.
Nie dzwoniła z powodu zmartwienia o Emmę. Dzwoniła, bo gdzieś pomiędzy porzuceniem wnuczki a jakąkolwiek inną, ważniejszą od niej, wakacyjną sprawą, zdała sobie sprawę, że mogą nastąpić poważne konsekwencje i postanowiła im stawić czoła.
Wzięłam głęboki oddech i przesunęłam palcem po ekranie, żeby do niej oddzwonić. Czas było stawić czoła diabłu.
Pomogłam Emmie włożyć suchą piżamę. Siedziała na kanapie, otulona kołdrą, emanując ciężką, oszołomioną ciszą dziecka, którego zaufanie właśnie legło w gruzach.
„Czy babcia coś jeszcze mówiła, kochanie?” zapytałam, podając jej kubek gorącej czekolady.
Emma wpatrywała się pustym wzrokiem w unoszącą się parę. „Powiedziała, że dramatyzuję. Dziadek powiedział, że nie chce się spóźnić na trening piłkarski Logana”.
Ogarnęła mnie zimna furia. W pełni sfinansowałam wygodną emeryturę moich rodziców – ich kredyt hipoteczny, telefony, luksusowe zakupy spożywcze i tego srebrnego SUV-a, którym właśnie odjechali. Każdego miesiąca płaciłam za luksus, z którego właśnie porzucili moje sześcioletnie dziecko w gradobiciu.
Wyszłam na werandę i zadzwoniłam do nich. Mama odebrała po drugim dzwonku, natychmiast przyjmując postawę obronną.
„Emma jest całkowicie w porządku, Claire” – warknęła. „Natalie dzwoniła w ostatniej chwili. Samochód był pełen wielkanocnych koszyków, a Mia miała załamanie. Zrobiłyśmy, co mogłyśmy”.
„Mogłabyś” – powiedziałam spokojnie – „zostawić torby z zakupami na siedzeniu i powiedzieć wnuczce, żeby poszła do domu pieszo”.
„W niebezpieczną pogodę”.