— Panie Piotrze, ja nie mogę wziąć pańskiego domu za konia, który nawet nie jest pański.
Piotr położył obie ręce na stole. Paznokcie miał czarne od ziemi. Przy kciuku krwawiło świeże zadrapanie.
— Może i nie jest mój — powiedział. — Ale teraz on nie ma nikogo więcej.
Stałem obok.
Karta bankowa była w mojej kieszeni.
Piotr już szukał długopisu, weterynarka milczała i patrzyła na mnie, a za drzwiami boksu stary koń ciężko uderzył kopytem o podłogę…
DZIĘKUJĘ WAM, ŻE DOCZYTALIŚCIE DO TEGO MIEJSCA
DALSZY CIĄG
BLOCK 2 — DALSZY CIĄG ZA LINKIEM
Piotr nie od razu znalazł długopis.
Nerwowo macał kieszenie, jakby bał się, że nawet tego nie ma. Najpierw wyjął starą chusteczkę, potem jakiś paragon, potem mały klucz na sznurku. Długopisu nie było.
— Zaraz poproszę — powiedział.
Doktor Anna położyła dłoń na teczce.
— Panie Piotrze, nie. Już panu powiedziałam.
Spojrzał na nią tak, jakby nie odmawiała, tylko zabierała mu ostatnią możliwość.
— A co ja mam robić? Stać i patrzeć?
W boksie koń znowu głucho uderzył kopytem. To nie był głośny dźwięk, ale ciężki, tępy. Poczułem go aż w klatce piersiowej.
Wyjąłem kartę.
Nie pięknie. Nie szybko. Bez żadnej szlachetności.
Raczej tak, jakbym wyciągał z kieszeni własny wstyd.
— Proszę zabrać dokumenty — powiedziałem. — Domu pan nie rusza.
Piotr odwrócił się do mnie.
— Nie.
— Tak.
— Pan go nawet nie zna.
— Pan też nie.
Otworzył usta, ale nic nie powiedział.
Położyłem kartę na stole.
— Pani doktor, proszę robić wszystko, co trzeba. Rachunek będzie na mnie.
Piotr pokręcił głową.
— Ja nie mogę tego przyjąć.
— A ja nie mogę patrzeć, jak pan sprzedaje ostatni dach nad głową.
Stał i patrzył na mnie, jakby szukał haczyka. Rozumiałem go. Ludzie tacy jak ja rzadko robią coś bez powodu. W moim świecie nawet dobroć często ma mały druczek na dole.
— Kiedy on stąd wyjdzie — powiedziałem — będzie musiał gdzieś stać. A pan będzie musiał mieć dom, żeby na niego czekać.
Piotr spuścił oczy.
Potem bardzo powoli wziął teczkę ze stołu i przycisnął ją do piersi. Ramiona opadły mu tak, jakby ktoś wreszcie zdjął z nich worek.
Nie rzucił mi się na szyję. Nie mówił wielkich słów.
Po prostu stary człowiek w brudnych gumowcach stał na korytarzu lecznicy i płakał cicho, prawie bezgłośnie.
Operacja trwała kilka godzin.
Piotr cały czas siedział na plastikowym krześle przy drzwiach. Doktor Anna przyniosła mu kawę rozpuszczalną w papierowym kubku. Trzymał ją w rękach, ale nie pił. Kawa wystygła, na wierzchu zrobiła się cienka warstwa.
Wyszedłem na zewnątrz i zadzwoniłem do księgowego.
— Co ty zrobiłeś? — zapytał, kiedy mu wyjaśniłem.
— Zapłaciłem za operację.
— Komu?
— Koniowi.
— Twojemu?
Spojrzałem na swoje buty, całe w ziemi.
— Nie.
W słuchawce zapadła cisza.
— Michał, zwariowałeś?
Możliwe.
Sam wtedy tak pomyślałem.
Wróciłem na korytarz, usiadłem na krześle naprzeciwko Piotra i pierwszy raz tego dnia naprawdę spojrzałem na swoje ręce. Pod paznokciami miałem czarną ziemię. Na rękawie ślad mokrej sierści. Kiedyś od razu poszedłbym to zmyć.
Wtedy siedziałem i patrzyłem.
Po 23:00 doktor Anna wyszła do nas. Wyglądała na zmęczoną.
— Żyje. Operacja poszła tak dobrze, jak mogła. Najważniejsze będą następne 48 godzin.
Piotr zamknął oczy.
— Dziękuję.