Pod koniec października wróciłam z cmentarza – na grobie Kazimierza wymieniłam znicze, jak co roku przed Wszystkimi Świętymi – i po powrocie chciałam otworzyć okno u Oliwii, bo rano widziałam parę na szybie. Nacisnęłam klamkę. Nie puściła.
Pomyślałam, że się zacięło. Szarpnęłam mocniej.
Nic. Zamek. Ktoś wymienił zamek w drzwiach pokoju w moim własnym mieszkaniu.
Zadzwoniłam do Oliwii. Odebrała po czwartym sygnale.
– Aha, tak, babciu. Kupiłam wkładkę. Chciałam mieć trochę prywatności, to chyba normalne, nie?
Stałam na korytarzu z telefonem w ręce i nie wiedziałam, co powiedzieć. Prywatność. W moim mieszkaniu. W pokoju, w którym przez czterdzieści lat spali moi goście, potem stał rowerek Marzeny, potem maszyna do szycia, potem – przez ostatnie lata – nic, bo byłam sama.
– Oliwia – powiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło. – Daj mi zapasowy klucz.
– Babciu, po co ci klucz do mojego pokoju?
Do jej pokoju.
– To jest moje mieszkanie – powiedziałam cicho. – Moje. Od czterdziestu lat.
– No wiem, ale ja tu teraz mieszkam, więc to jest mój pokój. Tak się robi, babciu. Ludzie mają prawo do swojej przestrzeni.
Zadzwoniłam do Marzeny. Byłam pewna, że córka powie: przepraszam, mamo, porozmawiam z nią, to się nie powinno było zdarzyć. A Marzena powiedziała:
– Mamo, no nie przesadzaj. Oliwia jest dorosła. Może chce się przebrać bez stresu, że ktoś wejdzie. To normalne w jej pokoleniu.
– Marzena – odparłam – ja nie zaglądam jej do szafy. Ale to jest moje mieszkanie i mam prawo mieć klucz do każdego pokoju.
– No to może nie powinnaś była jej zapraszać, skoro nie jesteś gotowa na to, że ktoś potrzebuje prywatności.
Siedziałam potem w kuchni z herbatą, która wystygła, i myślałam. Nie o zamku. O czymś gorszym. O tym, że moja córka – moja Marzena, którą wychowałam, która jadła moje pierogi, która płakała mi w ramię po pierwszym złamanym sercu – stanęła po stronie dziecka przeciwko mnie. Nie po to, żeby bronić Oliwii. Po to, żeby było jej wygodnie. Bo dopóki Oliwia mieszka u mnie za darmo, Marzena nie musi się martwić o czynsz, o rachunki, o nic.
Przez kolejne trzy tygodnie Oliwia zamykała pokój na klucz, nawet kiedy wychodziła na uczelnię. Gotowałam obiady, które czasem zjadała, częściej nie. Próbowałam rozmawiać – o pogodzie, o zajęciach, o czymkolwiek – ale słyszałam tylko: – Babciu, jestem zmęczona. Pogadamy potem.
W grudniu powiedziałam Oliwii spokojnie, że po sesji zimowej chciałabym, żeby się wyprowadziła. Że to nic osobistego – ale to jest mój dom i ja muszę się w nim czuć u siebie. Oliwia wzruszyła ramionami.
Marzena zadzwoniła godzinę później. – Mamo, to nieludzkie. Wyrzucasz własną wnuczkę na bruk?
Nie wyrzucam na bruk, córko. Oddaję sobie klucz do własnego domu.
Teraz jest styczeń. Oliwia znalazła pokój w akademiku. Przy pożegnaniu powiedziała: – No to cześć, babciu. Bez urazy.
Bez urazy. Jakby chodziło o pożyczoną książkę, a nie o pół roku mojego życia.
Zamek w drzwiach pokoju wymieniłam od razu. Otworzyłam okno. Wietrzyłam długo, aż mróz wszedł do kuchni. Potem zamknęłam i zrobiłam sobie herbatę. Jedną filiżankę. Jak zawsze.