Siódmego dnia Adrien wrócił z domu w Saint-Cloud, dokąd udał się ze śledczymi, aby spróbować ustalić źródło trucizny. Oczy miał zaczerwienione, a usta zaciśnięte. Na opustoszałym korytarzu oddziału intensywnej terapii zniżył głos.
„Camille… Znalazłem coś w pracowni twojej matki”.
Pokazał jej zdjęcie w telefonie. W starym blaszanym pudełku ozdobionym bretońskimi ciasteczkami znajdowała się mała buteleczka z czerwonym piktogramem, czaszką i skrzyżowanymi piszczelami oraz napisem „cya”.
„Cyjanek z Kenii”. Pod butelką leżała złożona na cztery kartka papieru, napisana starannym pismem jej matki.
„JEŚLI COŚ NAM SIĘ STANIE, NIE UFAJ SWOJEMU MĘŻOWI”.
Camille poczuła, jak telefon niemal wyślizguje jej się z rąk. Żołądek ścisnął jej się gwałtownie. Przez kilka sekund nic nie słyszała. Ani kroków na korytarzu, ani wentylatorów za oknami, ani nawet własnego oddechu.
„To absurd” – powiedział spokojnie Adrien. „Twoja matka musiała spanikować. Ludzie piszą wszystko, kiedy się boją”.
Camille spojrzała na niego.
„Ukryła cyjanek. I pisze do mnie, żeby ci nie ufać”.
„Albo ktoś chce mnie wrobić” – odpowiedział spokojnym głosem. „Camille, spójrz na mnie. Znasz mnie”.
To była prawda. A przynajmniej tak jej się wydawało. Wiedziała, jak rozśmieszał kelnerki, nigdy nie przekraczając granicy, o jego zwyczaju poprawiania poduszek, o jego wyraźnej cierpliwości wobec starszych, o jego staraniach, by zawsze wyglądać trochę lepiej od innych mężczyzn. Wiedziała też, jak początkowo oczarował jej rodziców, a potem, jak stawał się coraz mniej tolerancyjny wobec ich uwag na temat intercyzy, pytań o jego poprzednie prace, ich burżuazyjnej ostrożności, która zawsze go irytowała. Ale wyobrazić sobie…
Policjanci poprosili go, by wszedł i odpowiedział na kilka dodatkowych pytań. Pocałował ją w czoło, zanim wyszedł. Prosty, niemal automatyczny gest. Jednak kiedy jego usta dotknęły jej skóry, Camille poczuła dreszcz przebiegający po kręgosłupie.
Tej nocy siedziała między łóżkami rodziców, opierając jedną rękę na każdym materacu, zupełnie jak wtedy, gdy była mała i bała się burzy. Około piątej rano jej matka poruszyła powiekami. Camille gwałtownie pochyliła się do przodu, a jej krzesło zaszurało po podłodze.
„Mamo? To ja. Jestem tutaj.”
Oczy Françoise ledwo się otworzyły, początkowo zamglone, a potem przepełnione tak surowym strachem, że Camille poczuła, jak jej serce wali jej w piersiach. Palce matki odnalazły jej dłoń i ścisnęły ją z żałosną, ale desperacką siłą. Jej suche usta drżały.
„Thé…” wyszeptała.
Camille podeszła jeszcze bliżej.
„Kto, mamo? Powiedz mi, kto.”
Wzrok Françoise utkwił w niej, a potem jej usta ułożyły się w imię.
„Adrien.”
Alarm natychmiast się włączył. Przyjechały pielęgniarki, przeniosły Camille z powrotem, poprosiły o spokój, kazały jej odpocząć. Ale szkody zostały wyrządzone. A raczej prawda zaczęła oddychać.
Thé. Adrien.
Siedząc na krześle w korytarzu, Camille przeżywała to wszystko na nowo. Niedzielne obiady. Jej matka serwująca herbatkę z werbeny lub rumianku. Uśmiechnięty, czarujący, wdzięczny Adrien, czasem nawet nalegający na pomoc w kuchni, niosący tace, kubki ze słodzikiem. To, co uważała za uprzejmość, nagle wydawało się wyćwiczoną choreografią.
O świcie, po raz pierwszy od tygodnia, opuściła szpital i wróciła sama do Saint-Cloud. Słońce zalewało fasadę, jakby nic się nie stało. Wewnątrz unosił się zapach migdałów, słabszy, ale wciąż obecny, oblepiający drewno, zasłony, jej wspomnienie.
Poszła prosto do pracowni krawieckiej matki. Był to najbardziej uporządkowany pokój w domu, ten, w którym każda szpula miała swój kolor, a każdy wzór swoją tekturową teczkę. W dolnej szufladzie biurka, pod skrawkami lnu i miarką krawiecką, znalazła kopertę ze swoim imieniem.
Camille,