CZĘŚĆ 2
Tydzień przed ślubem Robert zniknął. Jego samochód zniknął, telefon był wyłączony i nikt go nie widział. Potem znalazłam na kuchennym stole karteczkę z napisem: „Przepraszam. Nie mogę już tego robić”. Bez wyjaśnienia. Bez pożegnania.
Mama kazała mi odejść i pozwolić systemowi zabrać dzieci. Krewni i przyjaciele mówili to samo. Mówili, że jestem za młoda, żeby marnować sobie życie. Ale kiedy spojrzałam na te dziesięć przestraszonych twarzy wokół kuchennego stołu, wiedziałam, że nie mogę ich zostawić.
W biurze powiatowym pracownik socjalny ostrzegł mnie, że dziesięcioro dzieci to za dużo dla jednej osoby. Mimo to podpisałam dokumenty o przyznanie opieki. Adopcje trwały latami, ale w moim sercu stały się moimi tego dnia.
Pierwsze lata niemal mnie złamały. W dzień pracowałam w magazynie tkanin, a nocami szyłam mundurki. Dzieci pomagały, jak mogły. Amanda gotowała, Derrick naprawiał, Sue zajmowała się praniem, a bliźniaki kłóciły się o obowiązki.
Nigdy więcej nie umawiałam się na randki. Za każdym razem, gdy mężczyzna słyszał o „dziesięciorgu dzieciach”, znikał. Ale nie żałowałam swojego wyboru. Z biegiem lat dzieci dorastały. Zostały pielęgniarkami, nauczycielkami, inżynierami, właścicielkami firm i pomocnicami innych. Minęło trzydzieści lat i w każdą sobotę wracały do domu z własnymi dziećmi, wypełniając dom hałasem, jedzeniem i miłością.