Przez chwilę myślałam, że w końcu mi ją da.
Zamiast tego włożył mi w dłoń mały mosiężny kluczyk.
Był przyczepiony do starej niebieskiej wstążki.
Wstążki mojej mamy.
„Nie chciałem go tu przynosić” – powiedział. „Otwiera skarbiec w Boulder. Strona jest w środku. Razem ze wszystkim innym”.
Zacisnęłam palce na nim. „Dlaczego po prostu nie przyniesiesz dokumentów?”
„Bo nie ufam temu, kto nas obserwuje”.
To zdanie zmieniło atmosferę.
„Co masz na myśli?”
Richard spojrzał w stronę drzwi. „Ashley nie powinna była się z tobą skontaktować. Twój dostęp do szpitala był ograniczony. Tylko kilka osób mogło go obejść”.
Ścisnęło mnie w piersi.
„Myślisz, że ktoś w środku pomógł?”
„Albo ktoś, kto ma dostęp do tych, którzy są w środku.”
„Michael?”
„On nie ma takiego zasięgu” – powiedział Richard. „Nie sam.”
Sugestia była oczywista.
„Twoja rodzina” – odparłem.
Richard nie zaprzeczył.
Pukanie nam przerwało.
Wzdrygnąłem się. Ból przeszył moje żebra.
Richard natychmiast stanął między mną a drzwiami.
Weszła detektyw Marisol Grant, trzymając teczkę.
Jej wzrok przesunął się z Richarda na mnie, a potem na list w mojej dłoni.
„Mam aktualizacje” – powiedziała.
„Nie” – odpowiedziałem. „Masz wyczucie czasu.”
Zamknęła za sobą drzwi. „Michael Carter zaginął”.
Słowa zapadły ciężko.
„Od kiedy?” – zapytał ostro Richard.
„Miał się stawić na przesłuchanie. Nie pojawił się. Jego prawnik twierdzi, że jest niestabilny. Ma wyłączony telefon. Jego samochód znaleziono w pobliżu międzynarodowego lotniska w Denver”.
Oddech mi się zacisnął. „Wyszedł?”
„Jeszcze nie wiemy”.
„A Ashley?” zapytałem.
„Też odeszła”.
W pokoju znów zapadła cisza.
Przypomniałem sobie jej głos w telefonie. Ostrzeżenie. Panikę.
„Zadzwoniła do mnie” – powiedziałem.
Wyraz twarzy Granta się wyostrzył. „Kiedy?”
„Dziś wieczorem”.
„Powiedziała, że Michael ucieka”.
„I coś o aktach mojej matki” – dodałem.
Grant zmarszczył brwi. „Czy wspomniała, kto mu dał dostęp?”
„Nie”.
Richard mówił cicho. „Ale ktoś ewidentnie to zrobił”.
Grant otworzyła jej teczkę i położyła zdjęcie na moim kocu.
Michael stał na prywatnym lotnisku.
Obok niego stał Arthur Voss.
A za nimi —
Nora Bell.
Trzymała coś przy piersi.
Niebieski notes.
Ścisnęło mnie w żołądku.
„To księga rachunkowa mojej matki” — powiedział Richard.
Grant skinął głową. „Wierzymy, że tak”.
Richard wpatrywał się w obraz. „Więc już ją otworzyli”.
Zadzwonił telefon.
Wszyscy zamarliśmy.
Grant odebrał i włączył głośnik.
Najpierw rozległ się wiatr.
Potem głos Nory Bell.
„Emma” — powiedziała nagląco. „Nie mam czasu. Słuchaj uważnie”.
Zacisnąłem mocniej dłoń na kocu.
„Co się stało?” — wyszeptałem.
Jej oddech był nierówny.
„Dziecko z Vale Harbor… nie zniknęło”.
Mój puls ustał.
„Więc co się z nim stało?”
Pauza.
Potem jej głos całkowicie przerwał ciszę.
„Było ukryte”.
Poczułam, jak krew mi zamarza.
„Ona?” – wyszeptałam.
Kolejna pauza.
Potem padły słowa.
„Emma… dziecko, które urodziła Elise Morgan, było twoją matką”.