A potem stanął jak wryty. Nogi o mało się pod nim nie ugięły. Na zimnej podłodze, na starym, zniszczonym, pożółkłym i cienkim materacu, zobaczył scenę, której nigdy nie zapomni. Pani Louise, gospodyni, która pracowała u nich od urodzenia dzieci, leżała na boku, wciąż ubrana w fartuch roboczy narzucony na znoszony sweter.
Wokół niej, skuleni jak szczenięta szukające ciepła, leżeli jej trzej synowie. Mały Gabriel trzymał się ramienia Louise, jakby to była jego jedyna kotwica na świecie. Mathéo przytulał się do jej pleców, ale zadbał o to, by nakryć staruszkę swoim małym niebieskim kocykiem, chroniąc ją przed zimnem. Jules, najspokojniejszy z całej trójki, siedział na brzegu materaca. Nie spał. Był obudzony.
Kiedy Jules zobaczył ojca, przyłożył mu palec do ust, prosząc o ciszę.
„Tato… nie wydawaj ani jednego dźwięku… Gabriel właśnie zasnął”.
Te słowa wstrząsnęły Alexandre’em. Bez ostrzeżenia, bezbronny, padł na kolana na zimnym cemencie.
„Co ty tu robisz…?” Jego głos był niczym innym jak urywany oddech.
Jules odpowiedział z nieubłaganą logiką dziecka:
„Louise teraz tu śpi. Więc my też tu śpimy”.