CZĘŚĆ 1
„Nie obchodzi mnie, kto to lekarz… ratuj moją córkę!” – krzyknął Elias, wchodząc na izbę przyjęć, nie wyobrażając sobie, że to ja jestem tym lekarzem.
Widziałem go wchodzącego przez drzwi szpitala San Gabriel w Meksyku, niosącego Sofię na rękach. Dziewczynka płakała, z ręką przyciśniętą do piersi, a on był blady, rozczochrany, w drogiej marynarce pogniecionej i z przekrzywionym krawatem. Nigdy go takiego nie widziałem. Elias Salgado, człowiek, który zawsze mówił tak, jakby świat był mu winien posłuszeństwo, drżał.
A ja tam byłem.
W białym fartuchu, ze stetoskopem na szyi, włosami spiętymi do tyłu najlepiej, jak potrafiłem, i ręką, niemal instynktownie, na moim brzuchu w siódmym miesiącu ciąży.
Na sekundę hałas izby przyjęć ucichł. Nosze, monitory, biegające pielęgniarki – wszystko się rozmyło. Pozostał tylko jego wzrok, wpatrzony we mnie.
Najpierw mnie rozpoznał.
Potem spojrzał na mój brzuch.
I zabrakło mu tchu.
„Valeria…” wyszeptał.
Nie powiedział „doktorze”. Nie powiedział „przepraszam”. Powiedział moje imię tak jak kiedyś, kiedy jeszcze spaliśmy przytuleni w jego mieszkaniu w Polanco i myślałam, że pewnego dnia będzie miał odwagę pokochać mnie na oczach wszystkich.
Wzięłam głęboki oddech.
„Jestem dr Valeria Torres” – powiedziałam spokojnie, patrząc na dziewczynkę. „Jak masz na imię, kochanie?”
„Sofia” – odpowiedziała przez łzy. „Spadłam z drabinki na placu zabaw w szkole”.
„Z drabinki?”
Skinęła głową.
„Mój tata strasznie się przestraszył”.
Ironia uwięzła mi w gardle. Elías, mężczyzna, który nie przestraszył się, gdy sześć miesięcy temu zobaczył, jak odchodzę w deszczu, teraz był zrozpaczony, bo jego córka cierpiała.
Podszedłem do stołu zabiegowego.
„Zbadam pani ramię bardzo delikatnie”. Jeśli będzie bolało za bardzo, proszę mi powiedzieć, dobrze?
„Tak, doktorze”.
Potem spojrzałem na Eliasa.
„Proszę pana, proszę się cofnąć”.
„Proszę pana”. To słowo go ukłuło. Widziałem to na jego twarzy. Ale posłuchał.
Kiedy badałem Sofię, czułem na sobie jego wzrok. Wiedziałem, co kalkuluje. Siódmy miesiąc ciąży. Sześć miesięcy bez kontaktu ze mną. Sześć miesięcy od tamtego popołudnia w jego kuchni, kiedy zapytałem go, czy mnie kocha, czy po prostu potrzebuje mnie, gdy jest samotny.
Nie odpowiedział.
Powiedział tylko, że nie wie, jak założyć rodzinę.
Więc wyszedłem.
Trzy tygodnie później, sama w łazience, z pozytywnym testem ciążowym w ręku, zdałam sobie sprawę, że nie wyszłam z pustymi rękami.
Badania potwierdziły, że Sofia ma drobne złamanie nadgarstka. Nic poważnego, ale będzie musiała zostać na noc na obserwacji. Kiedy w końcu zabrali ją na górę, Elias poszedł za mną na korytarz.
„Czy to moje?” zapytała łamiącym się głosem.
Moja ręka powędrowała prosto do brzucha.
„Twoja córka cię potrzebuje” – odpowiedziałam. „Skup się na niej”.
„Valeria, proszę…”
„Nie. Nie masz prawa pojawiać się po 180 dniach milczenia i żądać odpowiedzi”.
„Myślałam, że chcesz przestrzeni”.
„Chciałam, żebyś nas wybrała”.
W jej oczach pojawiło się coś na kształt żalu.
„Byłam tchórzem”.
„Tak” – powiedziałam, przełykając łzy. „Byłaś”.
Wyszłam, zanim się załamałam.
Kilka godzin później, przeglądając jakieś dokumenty, dostałam od niej wiadomość.
„Sofia nie może spać. Pyta o śliczną lekarkę dziecka. Czy mogłabyś ją odwiedzić?”
Nie chciałam iść.
Ale poszłam po dziecko.
Sofia nie spała, tuląc szpitalny kocyk. Uśmiechnęła się do mnie, gdy tylko mnie zobaczyła.
„Doktorze Walerio, czy pani dziecko to dziewczynka?”
„Jeszcze nie wiem na pewno” – skłamałam. Wiedziałam. To była dziewczynka.
Sofia zerknęła w stronę drzwi, gdzie Elias stał nieruchomo.