Policjantka miała spokojny głos i zmęczone oczy.
– Pani Ewo, czy mąż panią uderzył?
Mariusz natychmiast zrobił krok do przodu.
– To absurd. Ona jest po lekach, nie wie, co mówi.
Lekarz odwrócił się do niego.
– Proszę wyjść.
– Jestem jej mężem!
– A ja jestem lekarzem dyżurnym i właśnie wzywam ochronę, jeśli pan nie opuści sali.
Mariusz spojrzał na mnie.
Nie z prośbą.
Z ostrzeżeniem.
Znałam ten wzrok. Ten sam, który mówił: wrócimy do domu, a wtedy zobaczysz.
Tylko że tym razem nie byliśmy na podwórku.
Nie było Janiny z różańcem.
Nie było sąsiadów za firanką.
Była policjantka z długopisem, lekarz z dokumentacją i zdjęcia mojego ciała, których nie dało się zastraszyć.
Mariusz wyszedł.
Drzwi zamknęły się za nim.
Policjantka usiadła obok łóżka.
– Może pani mówić powoli. Nie musi pani opowiadać wszystkiego naraz.
Popatrzyłam na sufit.
Przez dziewięć lat czekałam, aż ktoś zapyta mnie tak, żebym mogła odpowiedzieć.
Nie: co zrobiłaś?
Nie: czym go zdenerwowałaś?
Tylko: czy mąż panią uderzył?
– Tak – wyszeptałam.
Policjantka nie okazała zdziwienia.
– Czy to był pierwszy raz?
Zamknęłam oczy.
Na wewnętrznej stronie powiek zobaczyłam podwórko, beton, miskę z praniem, twarz Hani w drzwiach.
– Nie.
To drugie słowo było trudniejsze.
Bo „tak” opisywało dzień.
„Nie” opisywało życie.