Uratował dwoje niemowląt przed utonięciem w rzece, nie przypuszczając, że umierający mężczyzna obok niego jest najbardziej poszukiwanym milionerem-dziedzicem fortuny w całym Meksyku.
CZĘŚĆ 1
Na ranczu zapadała noc. Rzeka ryczała jak wściekła bestia, niosąc błoto, gałęzie, a nawet martwe zwierzęta z najgorszej burzy tego roku.
W samym środku tego śmiercionośnego nurtu luksusowy czarny pick-up utknął w pniu drzewa, przewrócony niczym trumna, która zaraz zatonie.
Z wnętrza dobiegał rozdzierający serce dźwięk: rozpaczliwe krzyki dwójki niemowląt.
Każdy przy zdrowych zmysłach zostałby w domu, czekając na przyjazd Obrony Cywilnej lub policji.
Ale Lucía była wdową od ośmiu miesięcy, znosząc samotność w tym odległym zakątku Jalisco, i znała bolesną prawdę: kiedy nikt cię nie ratuje, uczysz się ruszać, zanim się boisz.
Biegła boso, błoto sięgało jej po kostki, a przemoczony szal oblepiał jej ciało. Lodowata woda uderzała ją w twarz, ale się nie zatrzymała. Kiedy dotarła do brzegu, zobaczyła, że kierowca jest zmiażdżony i martwy.
Na tylnym siedzeniu stał jednak koszyk z dwoma malutkimi aniołkami, mającymi zaledwie kilka miesięcy, które krzyczały i błagały o szansę na życie.
Lucia nie wahała się ani chwili. Weszła do wody, czując, jak prąd wgryza się w jej talię i próbuje ją wciągnąć pod wodę.
„Trzymajcie się, moje maluchy, naprawdę, trzymajcie się jeszcze chwilę!” – krzyknęła do nich, przecinając pasy bezpieczeństwa zardzewiałym nożem.
Zdołała wyciągnąć koszyk, cofając się na oślep. Rzeka trzy razy prawie ją przewróciła, a kamień rozciął jej kolano, ale nie puściła maluchów.
Kiedy bezpiecznie położyła je na suchym lądzie, przykryte szalem, odwróciła się i zobaczyła coś, co zmroziło jej krew w żyłach bardziej niż deszcz.
W środku pickupa znajdował się mężczyzna.
Był nieprzytomny, miał silny cios w czoło i bardzo ciemne siniaki na szyi, które nie wyglądały na ślady zwykłego uderzenia.
Miał na sobie bardzo cienkie ubrania, markową koszulę i zegarek, który kosztował więcej niż cała ziemia Lucii. Gdyby go tam zostawiła, woda by się podniosła i umarłby w ciągu kilku minut.
„Nie rób mi tego, proszę pana. Nie po tym, jak uratowałeś swoje dzieci” – wyszeptała.
Zmagając się z błotem i o własnych siłach, pociągnęła go za ramiona. Był bardzo ciężki, ale udało jej się wyciągnąć go na trawę. Kilka sekund później pickup oderwał się i zniknął z trzaskiem, pochłonięty przez rzekę.
W domku Lucia rozebrała dwójkę dzieci, osuszyła je i owinęła w ciepłe koce w pobliżu komnaty. Ponieważ nie miała mleka z piersi, pobiegła w deszczu do stodoły. Drżącymi rękami wydoiła kozę, Canelę, podgrzała mleko w małym rondelku i nakarmiła je małą łyżeczką.
Potem zbadała mężczyznę. Czyszcząc go, uświadomiła sobie brutalność jego obrażeń. To było pobicie, próba zabójstwa.
Kiedy zapadła noc, nieznajomy otworzył oczy, płonąc gorączką. Rozejrzał się dookoła, jakby wrócił z piekła.
„Moje dzieci…” mruknął, próbując wstać, ale zgiął się wpół z bólu.
„Żyją”. „Wyciągnęłam cię z rzeki” – odpowiedziała.
„Mam na imię Daniel”. Lucía wiedziała, że kłamie. Nikt nie wymawia ich imienia z takim strachem.
„To moje dzieci…” powiedział, a jego twarz posmutniała. „Ktoś próbował nas zabić”.