CZĘŚĆ 1
Kiedy Doña Carmen otworzyła drzwi, zobaczyła swoją wnuczkę zamkniętą w ciemnym pokoju, drżącą ze strachu, a obok przechodził starszy mężczyzna z białym prześcieradłem na głowie.
„Babciu, zabierz mnie, proszę!” – krzyknęła Valentina łamiącym się głosem.
Doña Carmen poczuła, jak serce jej staje.
Tego samego popołudnia wyszła z domu w San Mateo Atenco, nikomu o tym nie mówiąc. Nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. Od rana czuła tylko dziwny ucisk w klatce piersiowej, jakby ktoś szepnął jej, że jej czteroletnia wnuczka źle się czuje.
Valentina nie odwiedzała jej od trzech weekendów. Wcześniej Lucía, jej córka, zabierała ją co niedzielę na zupę z makaronem, na kreskówki i na spanie w różowym kocyku, który Doña Carmen trzymała tylko dla niej. Ale ostatnio Lucía zawsze powtarzała to samo:
„Och, mamo, nie mogę. Pracuję na dwie zmiany”. Wyjaśnię później.
Lucía pracowała jako kierownik w dużym supermarkecie w Toluca. Od czasu rozwodu z Rodrigo krzątała się po okolicy: czynsz, szkoła, zakupy, transport i mała dziewczynka, która ciągle pytała, dlaczego tata już jej nie odwiedza.
Tego popołudnia Doña Carmen dzwoniła pięć razy. Lucía nie odbierała. Wtedy przypomniała sobie coś, co jej córka powiedziała niemal bez namysłu:
„Wyjechałam z Vale z Donem Ernesto na kilka dni. Bardzo ją kocha. Był kiedyś nauczycielem, mamo, nie martw się”.
Don Ernesto był ojcem Rodriga, byłym teściem Lucíi. Cichym, owdowiałym mężczyzną, który mieszkał samotnie w starym domu niedaleko parku przemysłowego. Doña Carmen nigdy mu do końca nie ufała, nie dlatego, że był złym człowiekiem, ale dlatego, że zawsze wydawał się zagubiony, jakby patrzył na coś, czego inni nie widzieli.
Kiedy dotarła do domu, najpierw uderzyło ją zaniedbanie, a dopiero potem strach: zarośnięta trawa, mokre gazety w przedpokoju, zasłony zaciągnięte w biały dzień i kwaśny zapach wydobywający się spod drzwi.
Zapukała raz. Potem drugi raz. Nikt nie odpowiedział.
Gdy miała ponownie zadzwonić do Lucíi, usłyszała szuranie.
Don Ernesto lekko uchylił drzwi.
„Kim jesteś?” zapytał rozczochrany, z poplamioną koszulą i szklistymi oczami.
„Jestem Carmen, babcia Valentiny. Przyjechałam po moją wnuczkę”.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
„Valentina? Och… tak… dziewczynka się bawi”.
Ale nie brzmiała na pewną siebie.
Doña Carmen weszła bez pukania. Salon był zaśmiecony brudnymi naczyniami, kubkami zwietrzałej kawy i porozrzucanymi papierami. Weszła po schodach, jej głos był niski i prawie zdławiony.
Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyła Valentinę skuloną w kącie, ściskającą pluszowego misia bez ucha. Na środku pokoju, przykryty prześcieradłem, Don Ernesto mamrotał:
„Pilar… Znalazłem cię, kochanie. Nie ukrywaj się już przed tatusiem”.
Valentina krzyknęła, gdy ją zobaczyła.
„Nie jestem Pilar! Chcę do mamy!”
Doña Carmen o nic nie pytała. Wzięła dziewczynkę na ręce, zbiegła na dół na drżących nogach, wyszła na zewnątrz i zadzwoniła pod numer alarmowy.
Kiedy operator odebrała, Doña Carmen ledwo mogła mówić.
„Jest tu przestraszona mała dziewczynka… zdezorientowany starszy mężczyzna… Potrzebuję natychmiastowej pomocy”.
Czekając na zewnątrz z Valentiną uczepioną jej szyi, zrozumiała coś, co sprawiło, że kipiała z wściekłości: nikt nie wybaczy jej wezwania policji.
Ale gdyby ten dzień nie nadszedł, nikt nie potrafił przewidzieć, co by się stało.
A najgorsze było to, że Doña Carmen wciąż nie znała całej prawdy, która miała rozbić całą rodzinę…
CZĘŚĆ 2
„Co zrobiłaś, mamo? Policja po prostu pojawiła się w mojej pracy, szukając mnie jak przestępcy!”
Głos Lucíi zatrzeszczał w słuchawce, zanim Doña Carmen zdążyła cokolwiek powiedzieć.
„Córko, posłuchaj mnie…”
„Nie! Teraz będziesz mnie słuchać! Don Ernesto mi pomagał. Nie mam pieniędzy na opiekunkę, szkoła jest zamknięta na tydzień z powodu remontu, a wiesz, że potrącają mi z pensji, jeśli jestem nieobecna. Czy musiałaś urządzić tę scenę?”
Doña Carmen zamknęła oczy. Valentina spała w łóżku, wciąż ściskając połamanego pluszowego misia. Co jakiś czas poruszała się niespokojnie, jakby coś goniło ją przez sen.
„Lucía, znalazłam twoją córkę płaczącą w ciemnym pokoju. Don Ernesto nawet nie znał jej imienia. Nazywał ją Pilar. Przykryła się prześcieradłem”. Dziewczynka była przerażona.
„Ma cztery lata! W tym wieku wszystko je przeraża”.
„Nie, Lucía. To nie była zabawa”.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem odezwał się niższy, ale równie ostry głos córki.
„Nie rozumiesz, jaka jestem zmęczona”.
„Tak, rozumiem. Ale zmęczenie nie oznacza, że Valentina musi zostać z kimś, kto źle się czuje”.
Lucía się rozłączyła.
Tej nocy Doña Carmen nie spała. O świcie zostawiła Valentinę u zaufanej sąsiadki i wróciła do dzielnicy Dona Ernesta. Nie poszła z nim konfrontować. Poszła, żeby zadać pytania.
Pierwsza sąsiadka, Doña Meche, ostrożnie otworzyła drzwi. Słysząc imię Ernesta, ściszyła głos.
„Już zauważyłam, że dziwnie się zachowuje. Kilka dni temu wyszedł w kapciach na środek ulicy i pytał, gdzie jest jego dom… a stał tuż przed własną bramą”.
Inna sąsiadka opowiadała, że Don Ernesto próbował otworzyć cudzy samochód, myśląc, że to jego. Inna kobieta zeznała, że widziała, jak odjeżdżał.
Śmieci przed kolejnym domem, gdy powtarzał:
„Mieszkam tu, prawda?”