Część 1. Pudełko podane przy trumnie
— Mamo, podpiszesz to jeszcze dziś, zanim ludzie się rozejdą — szepnął mój syn tuż obok trumny ojca, jakby mówił o rachunku za prąd, a nie o domu, w którym przeżyłam całe życie.
Stałam oparta o laskę, w czarnej sukni, z chusteczką zaciśniętą w pomarszczonej dłoni. Przed nami leżał mój mąż, Stanisław. Mój Staszek. Człowiek, który przez siedemdziesiąt dwa lata zasypiał obok mnie, parzył mi herbatę, kiedy bolały mnie kolana, i codziennie rano mówił: „Helenko, jeszcze jeden dzień nam podarowano”.
Teraz milczał.
A nasz najstarszy syn, Marek, trzymał w dłoni teczkę z dokumentami.
— Nie teraz — powiedziałam cicho.
— A kiedy? — jego żona, Elżbieta, nachyliła się do mnie z uśmiechem tak cienkim, że bardziej przypominał nacięcie nożem. — Mama sama wiesz, że nie dasz rady mieszkać sama. Dom trzeba sprzedać. Tata by tego chciał.
Spojrzałam na nią powoli.
— Twój teść jeszcze nie ostygł w grobie, a ty już wiesz, czego by chciał?
Elżbieta zarumieniła się, ale Marek zacisnął szczękę.
— Nie rób scen, mamo.
Scen.
Tak nazywali wszystko, co było moim bólem. Kiedy płakałam po śmierci siostry, Marek powiedział, że dramatyzuję. Kiedy odmówiłam oddania kluczy do domu, nazwał mnie upartą staruszką. Kiedy poprosiłam, by nie wyrzucali z sypialni starych fotografii ojca, usłyszałam, że „żyję rupieciami”.
Moja córka, Anna, stała parę kroków dalej i udawała, że poprawia znicz. Nie patrzyła mi w oczy. Od lat nie potrafiła patrzeć, kiedy trzeba było stanąć po czyjejś stronie.
W kaplicy pachniało woskiem, mokrymi płaszczami i chryzantemami. Ludzie mówili półgłosem, ktoś pociągał nosem, organista przygotowywał nuty. Na wieku trumny leżała czapka wojskowa Staszka, stara, starannie wyczyszczona, choć mundur od dawna wisiał w szafie i pachniał lawendą.
— Marek — wyszeptałam — dzisiaj chowam męża.
— A ja próbuję uratować cię przed głupimi decyzjami.
To zdanie zabolało mnie tak, że przez chwilę naprawdę zabrakło mi tchu.
Wtedy usłyszałam za plecami szuranie kroków.
Odwróciłam się. Przy wejściu do kaplicy stał mężczyzna tak stary, że wydawało się, iż sam czas podtrzymuje go pod ramieniem. Miał ciemny płaszcz, laskę z metalową rączką i oczy jasne, przenikliwe, dziwnie znajome. Towarzyszył mu młodszy mężczyzna, może wnuk, trzymający go ostrożnie za łokieć.
Staruszek zdjął kapelusz.
— Czy to pogrzeb kapitana Stanisława Wysockiego?
Serce drgnęło mi w piersi.