Trzymałam kartkę tak mocno, że papier zmiął się przy rogach.
Dawczyni komórki: Felicja Wrona.
Pacjentka prowadząca ciążę: Irena Domańska.
Pacjentka.
Nie matka.
Przez trzydzieści dwa lata Marek wołał do mnie „mamo”. To ja nie spałam, kiedy miał kolki. To ja siedziałam przy nim, gdy łapał zapalenie oskrzeli. To ja sprzedałam obrączkę po swojej matce, żeby opłacić mu pierwszy semestr studiów, gdy Wiktor akurat „czekał na przełom artystyczny”.
A na tej kartce byłam tylko ciałem, przez które cudza miłość weszła do mojego domu.
Schowałam dokument do torebki.
Nie płakałam.
Łzy przyszłyby później, gdybym pozwoliła sobie być tylko zdradzoną kobietą. Ale teraz musiałam być księgową, matką i świadkiem we własnej sprawie.
Anka przyjechała po południu.
Moja córka od progu zobaczyła, że nie chodzi o zwykłą rozmowę. Zdjęła płaszcz, usiadła przy stole i powiedziała:
— Mamo, mów.
Pokazałam jej wiadomości.
Najpierw te o Feli.
Potem te o pieniądzach.
Na końcu te o kapsułkach i „wypadkach”.
Anka przeczytała wszystko bez słowa. Tylko jej twarz robiła się coraz bledsza.
— To tata? — zapytała w końcu.
— Tak.