— Może ktoś mu się włamał?
To było pierwsze, odruchowe kłamstwo dziecka, które jeszcze nie chce pochować ojca, choć ojciec sam wykopał sobie miejsce.
Podałam jej nagranie z nocnej rozmowy.
Wiktor mówił tam:
„Ta stara baba długo już nie pociągnie”.
Anka zakryła usta dłonią.
Kiedy usłyszała fragment o Marku, zerwała się od stołu.
— Nie. Nie, mamo. To niemożliwe.
Wyjęłam dokument z kliniki.
Usiadła z powrotem tak ciężko, jakby ktoś podciął jej nogi.
— Marek musi wiedzieć.
— Jeszcze nie.
— Mamo!
— Jeszcze nie — powtórzyłam. — Najpierw musimy mieć dowody, których Wiktor nie zniszczy.
Anka spojrzała na mnie inaczej niż kiedykolwiek. Nie jak na chorą matkę. Nie jak na starszą kobietę. Jak na kogoś, kto właśnie wrócił z miejsca, do którego ona bała się zajrzeć.
— Co chcesz zrobić?
— Umrzeć — powiedziałam.
Jej oczy rozszerzyły się ze strachu.
— Mamo.
— Nie naprawdę. Tylko dla niego.
Plan nie był teatralny. Był prosty i legalny.
Lekarz prowadzący pomógł mi przenieść się na oddział pod pretekstem pilnej obserwacji. Anka skontaktowała mnie z prawniczką, mecenas Karoliną Jastrzębską. Policja przyjęła zawiadomienie, gdy pokazałyśmy wiadomości i preparaty. Laboratorium miało zbadać kapsułki, a ja miałam nie wracać do mieszkania bez świadków.
Jednocześnie Anka napisała do Wiktora z mojego telefonu:
„Lekarze mówią, że stan jest bardzo zły. Mama nie chce nikogo widzieć”.
Wiktor odpisał po trzech minutach:
„Rozumiem. Niech odpoczywa. Informuj mnie”.
Nie przyjechał.
Nie zadzwonił do lekarza.
Nie poprosił, żeby choć chwilę potrzymać mnie za rękę po sześciu dekadach wspólnego życia.
Za to tego samego wieczoru wysłał Feli wiadomość:
„Już blisko. Nie pokazuj się jeszcze. Musimy zachować pozory”.
Anka płakała, gdy to czytała.
Ja już nie.
Trzeciego dnia mecenas Jastrzębska wysłała do Wiktora oficjalną wiadomość, że mój stan jest krytyczny, a rodzina ma przygotować się na formalności. Nie napisała, że umarłam. Nie musiała.
Wiktor sam dopowiedział sobie resztę.
Następnego ranka przyszedł do naszego mieszkania z bukietem białych lilii.
Nie dla mnie.
Dla Feli.
Kamera, którą Anka zostawiła w salonie za zdjęciem wnuków, nagrała wszystko.
Wiktor otworzył drzwi Felicji o 9:17. Miała kremowy płaszcz, ułożone włosy i reklamówkę z salonu ślubnego. W środku był welon. Widziałam go potem na nagraniu, biały, lekki, absurdalny w naszym starym przedpokoju, gdzie na wieszaku wisiała jeszcze moja granatowa kurtka.
— Wreszcie — powiedziała Fela, wchodząc bez zdejmowania butów. — Myślałam, że nigdy się jej nie pozbędziemy.
Wiktor objął ją w pasie.
— Cicho. Jeszcze nie wszystko załatwione.
— A Marek?
— Powiem mu prawdę. Zrozumie. To nasz syn.
Fela roześmiała się.
— Wychowała go ona, ale krew to krew.
W tym momencie pierwszy raz od dawna poczułam chęć, żeby naprawdę wstać z łóżka szpitalnego i uderzyć kogoś w twarz.
Krew.
Jakby nocne wstawanie, gorączki, kanapki do szkoły, rozmowy po pierwszym zawodzie miłosnym i pieniądze wysyłane na studia nie miały żadnej wartości.
Fela chodziła po mieszkaniu jak po lokalu do obejrzenia.
— Te zasłony wyrzucimy. Kanapa też okropna. Tu postawimy moje pianino.
Wiktor pokiwał głową.
— Zrobimy remont.
— Z twoich oszczędności?
— Irena nie wie nawet o połowie.
Mecenas Jastrzębska siedziała obok mnie w szpitalnej sali, oglądając nagranie na laptopie.
— To wystarczy do zabezpieczenia majątku — powiedziała. — A jak przyjdą wyniki kapsułek, będziemy składać kolejny wniosek.
Wyniki przyszły dwa dni później.