Preparat nie był zwykłym suplementem. Zawierał substancje, których nie powinno być w produkcie sprzedawanym starszej osobie. Lekarz nie powiedział, że to „na pewno wywołało raka”, bo lekarze nie rzucają takich zdań jak plotek na klatce. Powiedział jednak coś gorszego:
— Pani organizm był systematycznie obciążany czymś, co mogło pogarszać pani stan i uszkadzać narządy. Proszę to przekazać policji.
Przekazałam.
Marek dowiedział się ostatni.
Nie dlatego, że chciałam go ukarać. Dlatego, że wiedziałam, że jego świat pęknie inaczej niż mój. Ja traciłam męża. On miał stracić ojca, matkę i własne pochodzenie w jednej rozmowie.
Przyszedł do szpitala po telefonie Anki. Wysoki, z zarostem, w kurtce z pracy. Mój chłopiec, choć dokumenty mówiły coś innego.
— Mamo, co się dzieje? Anka mówi, że tata coś zrobił.
Poprosiłam, żeby usiadł.
Nie usiadł.
Więc pokazałam mu wiadomości.
Potem nagranie.
Potem dokument z kliniki.
Czytał długo. Raz. Drugi. Trzeci.
— To kłamstwo — powiedział.
Nie do mnie.
Do świata.
— Marek…
— Ty jesteś moją matką.
Te słowa złamały mnie bardziej niż wszystkie zdrady Wiktora.
Dopiero wtedy zaczęłam płakać.
Marek uklęknął przy łóżku i objął mnie tak, jak gdy był mały i bał się burzy.
— Ty jesteś moją matką — powtórzył. — Ona może być w dokumentach, ale ja nie znam jej rąk. Nie znam jej głosu. Nie ona siedziała przy mnie w szpitalu.
Anka płakała przy oknie.
Mecenas odwróciła wzrok.
Tego samego dnia Marek pojechał do mieszkania.
Nie sam. Z Anką, policją i prawniczką.
Wiktor otworzył drzwi w szlafroku. Fela była w salonie. Na stole leżały katalogi sal weselnych i pudełko z jubilerskim logo.
— Marek — powiedział Wiktor, próbując się uśmiechnąć. — Synu, dobrze, że jesteś. Musimy porozmawiać jak rodzina.
Marek wszedł do środka i położył na stole kopię dokumentu z kliniki.
— Rodzina? Teraz sobie przypomniałeś?
Fela wstała, poprawiając włosy.
— Mareczku, to jest trudne, ale prawda zawsze…
— Proszę nie mówić do mnie Mareczku.
Zamilkła.
Wiktor zrobił krok do syna.
— Ona cię tylko urodziła. Ja i Fela…
Marek uderzył dłonią w stół tak mocno, że pudełko z naszyjnikiem spadło na podłogę.
— Nie waż się mówić „tylko”.
To słowo podobno zawisło w salonie jak nóż.
Policja zabezpieczyła telefon Wiktora, pudełka po kapsułkach, dokumenty z szafki i gotówkę ukrytą w futerale po akordeonie. Było tego więcej, niż przypuszczałam. Lokaty. Koperty z euro. Przelewy na konto Feli. Paragony z jubilerów i salonów sukien.
Wiktor krzyczał, że to jego pieniądze.
Anka odpowiedziała:
— Mama jadła najtańszy twaróg, żebyś ty mógł kupić kochance diamenty.
Fela próbowała wyjść, ale funkcjonariusz poprosił ją, by została do złożenia wyjaśnień.
— Ja nic nie zrobiłam — mówiła. — To była ich sprawa małżeńska.
Marek spojrzał na nią.
— Nie. To była sprawa mojej matki. A pani nią nie jest.
Postępowanie trwało długo.