Wiktor najpierw udawał zdezorientowanego staruszka.
— Żona choruje, miesza fakty, zawsze była zazdrosna o Felicję.
Potem, gdy pokazano mu wiadomości, zaczął mówić, że żartował.
Gdy pokazano wyniki badań kapsułek, twierdził, że kupił je w dobrej wierze.
Gdy odtworzono nagranie, na którym mówił o „wypadkach”, przestał żartować.
Fela próbowała grać dawną artystkę skrzywdzoną przez los.
— Wiktor kochał mnie całe życie. To tragiczna historia miłości.
Prokuratorka spojrzała na nią chłodno.
— Tragiczna jest dla kobiety, której podawano szkodliwy preparat i której śmierci państwo wyczekiwali jak terminu wesela.
W sądzie nie wyglądałam jak zwyciężczyni.
Byłam chuda, w chustce na głowie, z laską przy krześle. Ale miałam przy sobie Ankę i Marka. Moje dzieci. Jedno z krwi. Drugie z życia. Oba moje.
Wiktor nie patrzył mi w oczy.
Dopiero gdy sędzia odczytywała decyzję o zabezpieczeniu majątku i zakazie zbliżania się, uniósł głowę.
— Irena — powiedział cicho. — Po tylu latach naprawdę chcesz mnie tak zniszczyć?
Spojrzałam na niego.
Widziałam młodego chłopaka spod akademika. Męża przy stole weselnym. Ojca trzymającego Marka do chrztu. Starca, który nocą nazywał mnie starą babą.
— Nie, Wiktorze — odpowiedziałam. — Ja tylko przestałam ci pomagać niszczyć mnie.
Wyrok w sprawie karnej nie zwrócił mi lat.
Wiktor został skazany za znęcanie psychiczne, narażenie mnie na niebezpieczeństwo i próby doprowadzenia do wypadków. Sprawa preparatów była najtrudniejsza, ale wyniki i wiadomości wystarczyły, by sąd uznał jego świadome działanie na moją szkodę. Fela nie trafiła do więzienia na długo, ale została skazana za pomoc w ukrywaniu pieniędzy i składanie fałszywych zeznań.
Nie było wesela.
Diamentowy naszyjnik sprzedano w ramach zabezpieczenia roszczeń. Pieniądze poszły na moje leczenie.
Kiedy pierwszy raz po wszystkim wróciłam do mieszkania, Anka chciała wyrzucić wszystko, czego dotykał Wiktor.
— Zostaw — powiedziałam.
— Mamo, ale…
— Nie będę uciekać z własnego życia.
Wyrzuciłam tylko jego piżamę, pudełka po kapsułkach i stare zdjęcie Feli, które znalazłam między książkami.
Resztę odzyskiwałam powoli.
Kuchnię.
Łóżko.
Poranki.
Ciszę.
Marek przez długi czas przyjeżdżał codziennie. Czasem nic nie mówił. Siadał obok i obierał mi jabłko, dokładnie tak, jak ja obierałam mu, kiedy był dzieckiem.
Pewnego dnia położył przede mną wynik badania DNA.
— Nie musisz mi pokazywać — powiedziałam.
— Wiem. Ale ja musiałem zobaczyć, żeby przestać się bać.
Nie otworzyłam koperty.
Wsunęłam ją do szuflady.
— Dla mnie odpowiedź była znana od dnia, kiedy pierwszy raz cię nakarmiłam.
Marek rozpłakał się wtedy jak mały chłopiec.
Moja choroba nie zniknęła cudownie. Życie to nie bajka. Leczenie było bolesne, wyniki raz lepsze, raz gorsze. Ale po odstawieniu preparatu i zmianie terapii organizm zaczął odpowiadać lepiej, niż lekarze się spodziewali.
Nie umarłam.
To był mój największy afront wobec Wiktora.
Felicja podobno zamieszkała u siostrzenicy pod Łodzią. Wiktor trafił do domu opieki po kolejnych problemach zdrowotnych, bo nikt z rodziny nie chciał go przyjąć. Kiedyś wysłał do mnie list.
„Ireno, człowiek na starość głupieje. Wybacz mi”.
Odpisałam jednym zdaniem:
„Na starość człowiek nie głupieje, tylko przestaje mieć siłę ukrywać, kim był”.
Potem poprosiłam Ankę, żeby nie przynosiła mi więcej listów.
Dziś mam siedemdziesiąt dziewięć lat. W szafie wisi nowy płaszcz, który kupiłam sobie za pieniądze odzyskane z jego tajnej lokaty. Czasem chodzę z Anką do kawiarni, czasem Marek zabiera mnie na działkę. Na ostatnich urodzinach wnuczka zapytała:
— Babciu, ty się niczego nie boisz?
Uśmiechnęłam się.
Boję się wielu rzeczy. Bólu. Nawrotu choroby. Samotnych nocy.
Ale nie boję się już umrzeć komuś na zawołanie.
Bo największą zemstą nie było udawanie śmierci.
Największą zemstą było to, że przeżyłam, spojrzałam im w twarz i pozwoliłam wszystkim zobaczyć, że ta „stara baba”, której koniec świętowali szeptem w kuchni, wciąż miała głos.
I użyła go w samą porę.