Córka zaprosiła mnie na wczasy do Kołobrzegu – zapłaciłam za wszystko, jak zwykle. Drugiego dnia zostawiła mi dwoje wnuków i pojechała “załatwić sprawy”. Wróciła tydzień później.

Gdybym wtedy, przy pakowaniu walizki, posłuchała tego cichego głosu gdzieś z tyłu głowy – tego, który mówił “znowu za to zapłacisz, a ona znowu zniknie” – zaoszczędziłabym sobie tygodnia, którego nie zapomnę do końca życia. Ale ja jak zwykle ten głos zagłuszyłam. Złożyłam krem z filtrem, dwie pary sandałów i cztery opakowania herbatników dla wnuków. I pojechałam.

Patrycja zadzwoniła w maju, trzy tygodnie przed wyjazdem.

– Mamo, a może byśmy tak razem na wczasy? Do Kołobrzegu, nad morze, z dziećmi. Olek ciągle pyta o plażę.

Miała ten swój głos. Lekki, wesoły, jakby rzucała pomysł przy kawie. Znałam ten ton. Tak brzmiała zawsze, kiedy czegoś potrzebowała, ale nie chciała o to wprost prosić.

Mam na imię Lucyna, skończyłam sześćdziesiąt trzy lata w marcu. Trzydzieści lat przepracowałam jako fryzjerka w salonie na Krzykach, a potem jeszcze dziesięć lat u siebie, w domu – strzyżenie, modelowanie, trwałe dla sąsiadek.

Ręce mi się trzęsą dopiero od dwóch lat, więc nożyczki odłożyłam niedawno. Emerytura niewielka, ale dom spłacony, rachunki jakoś ciągnę. Nie narzekam. Mąż odszedł osiemnaście lat temu – nie umarł, tylko odszedł, do koleżanki z pracy. Ale to inna historia.

Patrycja to moja jedyna córka. Mieszka w Poznaniu z mężem Darkiem i dwójką dzieci – Olkiem, który skończył siedem lat, i Zuzią, która ma pięć. Kiedyś dzwoniła co niedzielę. Teraz dzwoni, kiedy czegoś potrzebuje. Nie mówię tego ze złością. Mówię to, bo tak jest.

– To ja zarezerwuję pensjonat – powiedziałam, bo wiedziałam, że o to chodzi. – Znajdę coś blisko plaży, z pokojem dla dzieci.

– Mamo, ja ci oddam – rzuciła szybko.

Nigdy nie oddaje. Wiem o tym. Ona wie, że wiem. I żadna z nas o tym nie mówi.

Pensjonat znalazłam ładny, z balkonem i widokiem na boczną uliczkę pełną hortensji. Dwa pokoje, jeden dla mnie, jeden dla Patrycji z dziećmi. Zapłaciłam za tydzień z góry. Do tego doliczyłam jedzenie, lody na deptaku, wstęp na plac zabaw z trampolinami. Nie liczyłam, bo po co. Liczyć to znaczy rozliczać, a ja córki rozliczać nie chciałam.

Przyjechały w sobotę po południu. Patrycja wyglądała blado, jakby od tygodni nie spała porządnie. Dzieci wysypały się z samochodu jak z rozsypanego pudełka – Olek od razu pognał w stronę ogrodzenia, Zuzia przytuliła się do mojej nogi i nie chciała puścić.

– Darek nie mógł przyjechać? – zapytałam ostrożnie.

– Ma robotę – odpowiedziała krótko i zaczęła wyciągać torby z bagażnika.

Nie naciskałam. Nauczyłam się, że z Patrycją naciskanie to jak wylewanie wody na rozgrzany kamień. Syczy i nic z tego nie zostaje.

Sobotni wieczór był piękny. Siedzieliśmy na tarasie pensjonatu, dzieci jadły gofry, Patrycja piła herbatę i patrzyła gdzieś w bok, na dach sąsiedniego budynku. Raz czy dwa złapałam ją, jak sprawdzała telefon pod stołem – szybki ruch kciuka, ekran zgaszony, twarz bez wyrazu.

– Wszystko w porządku? – zapytałam.