– Tak, mamo. Odpoczywam.
W niedzielę poszłyśmy na plażę. Olek budował zamek, Zuzia zbierała muszelki, Patrycja leżała na kocu z oczami zamkniętymi, ale wiedziałam, że nie śpi. Miała zaciśnięte szczęki, takie jak ja, kiedy trzymam coś w środku i nie chcę, żeby wypadło.
W poniedziałek rano wstałam o siódmej. Patrycja siedziała już przy stole w kuchni pensjonatu, ubrana, z torebką na ramieniu.
– Mamo, muszę pojechać załatwić jedną sprawę. Wrócę wieczorem, najpóźniej jutro rano.
– Jaką sprawę?
– Taką – machnęła ręką. – Nudna, urzędowa. Nie chcę ciągnąć dzieci.
– Patrycja, jesteśmy na wakacjach.
– Wiem, mamo. Dlatego proszę. Zajmiesz się nimi? Na jeden dzień?
Co miałam powiedzieć? Powiedziałam to, co mówię od trzydziestu ośmiu lat.
– Dobrze.
Poniedziałek minął. Olek pytał dwa razy, gdzie mama. Zuzia trzy razy. Wieczorem Patrycja nie wróciła. Napisała SMS-a: “Przepraszam, mamo, to się przeciąga. Będę jutro na pewno”.
We wtorek nie przyjechała. Napisała: “Jeszcze jeden dzień, proszę”. Nie odebrała, kiedy zadzwoniłam. Potem oddzwoniła po godzinie i mówiła szybko, chaotycznie, że musi coś dogadać z Darkiem, że to nic takiego, żebym się nie martwiła, że dzieci mają być grzeczne.
– Patrycja, co się dzieje? – zapytałam twardo.
– Nic, mamo. Naprawdę. Po prostu muszę to załatwić.
W środę przestałam dzwonić. Zabrałam dzieci na molo, kupowałam im lody i watę cukrową, czytałam bajki przed snem. Zuzia zaczęła pytać, czy mama jest na nich zła. Olek przestał pytać w ogóle, co było gorsze.
W czwartek zadzwoniłam do Darka. Telefon wyłączony. W piątek spróbowałam jeszcze raz. Cisza.
Siedziałam wieczorem na ławce przed pensjonatem, z telefonem w dłoni i pustym ekranem. Dzieci spały na górze. Gospodyni, pani Mirka, przyniosła mi herbatę i usiadła obok.
– Córka jeszcze nie wróciła?
– Jeszcze nie.
– A wie pani, gdzie jest?
– Nie – powiedziałam i dopiero wtedy usłyszałam, jak to brzmi.
Pani Mirka pokiwała głową i nic nie powiedziała. Doceniłam to bardziej niż jakiekolwiek słowa.
W sobotę, dokładnie tydzień po przyjeździe, pod pensjonat zajechał samochód Patrycji. Wyszła z niego chuda, z podkrążonymi oczami i torbą, której nie miała przy wyjeździe. Dzieci pobiegły do niej. Zuzia płakała. Olek stał z boku, z rękami w kieszeniach, i patrzył na matkę tak, jak siedmiolatek nie powinien patrzeć.
– Mamo, przepraszam – powiedziała Patrycja.