Nie powiedziałam nic. Czekałam.
– Darek stracił pracę trzy miesiące temu. Nie płaciliśmy raty od dwóch. Bank grozi, że zabierze mieszkanie. Pojechałam, żeby… żeby spróbować to ogarnąć.
– I co ogarnęłaś?
– Rozmawiałam z bankiem. Rozmawiałam z Darkiem. I z prawniczką.
Usiadła na stopniu przy wejściu, jakby nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Wyglądała jak ktoś, kto nie spał od tygodnia. Pewnie nie spała.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytałam cicho.
– Bo wiedziałam, co powiesz. Że znowu Darek. Że znowu za niego płacę. Że trzeba było nie brać tego kredytu.
– I co, pomyliłam się kiedyś w tych rzeczach?
Milczała.
Siedziałyśmy tak na schodach pensjonatu, dwie kobiety – jedna zmęczona tygodniem z dwójką małych dzieci, druga zmęczona tygodniem ratowania czegoś, co może się nie dało uratować. Z otwartego okna na górze dochodził głos Olka, który tłumaczył Zuzi, że mama wróciła i teraz będzie dobrze.
Chciałam powiedzieć dużo. Że jestem zła. Że jestem zmęczona. Że mam sześćdziesiąt trzy lata i nie powinnam dowiadywać się, że moja córka może stracić dach nad głową, z ust gospodyni pensjonatu. Że te pieniądze, które wydałam na ten wyjazd – pensjonat, jedzenie, lody, trampoliny – to może były ostatnie pieniądze, które mogłam dać bez bólu. Że następnym razem bólu nie uniknę.
Ale powiedziałam tylko:
– Jutro rano wracamy. Razem. I usiądziemy przy stole, i powiesz mi wszystko. Nie część. Wszystko.
Patrycja kiwnęła głową.
W niedzielę jechałyśmy przez Polskę w milczeniu, Zuzia spała na tylnym siedzeniu, Olek patrzył w okno. Patrycja prowadziła. Ja siedziałam obok i myślałam o tym, że przez trzydzieści osiem lat byłam matką, która mówi “dobrze”. Dobrze, zapłacę. Dobrze, zajmę się. Dobrze, nie pytam.
Może pora powiedzieć coś innego.
Ale to akurat jest najtrudniejsze.