Mąż umarł w styczniu. U notariusza przy spisie spadku okazało się, że poza naszym mieszkaniem jest jeszcze działka pod Płońskiem. Kupił ją dwa lata po naszym ślubie. Nigdy mnie tam nie zabrał.
Gdyby nie ta teczka u notariusza, nigdy bym się nie dowiedziała. Trzydzieści trzy lata małżeństwa, dwoje dzieci, tysiące wspólnych kolacji – i ani razu, ani jednym słowem, Stanisław nie wspomniał o działce pod Płońskiem.
Notariusz odczytał numer księgi wieczystej, adres, powierzchnię. Tysiąc dwieście metrów. Bartek spojrzał na mnie, jakby szukał odpowiedzi. Magda pochyliła się nad stołem i spytała cicho:
– Mamo, ty o tym wiedziałaś?
Pokręciłam głową i poczułam, jak mi się robi gorąco pod bluzką. Notariusz, młody chłopak w za dużych okularach, chrząknął i przerzucił stronę. Dla niego to był kolejny punkt na liście.
Stanisław umarł trzeciego stycznia. Zawał, w nocy, w naszym łóżku. Zanim karetka przyjechała, już wiedziałam. Dotknęłam jego ramienia i było zimne. Trzydzieści pięć lat razem – i nawet nie zdążył powiedzieć ani słowa.
Rano miał iść do warsztatu, bo ktoś przywiózł starego Passata z problemem ze skrzynią biegów. Stanisław był mechanikiem, jednym z tych, co naprawiali wszystko i jeszcze dawali rady na przyszłość. W Radomiu znali go wszyscy – przynajmniej ci, którzy mieli samochody starsze niż pięć lat.
Ja prowadziłam własny zakład fryzjerski na parterze bloku przy Słowackiego. Dwadzieścia sześć lat stania na nogach, farbowania odrostów i słuchania cudzych problemów. Stanisław żartował, że znam więcej tajemnic niż ksiądz z naszej parafii. A swoje trzymał dla siebie – to teraz widziałam wyraźnie.
Po wizycie u notariusza nie mogłam spać. Leżałam w ciemności i próbowałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widziałam jakiś ślad – rachunek, zdjęcie, mapę. Nic. Trzydzieści trzy lata i ani jednego poszlaki.
Bartek chciał tam pojechać od razu, jeszcze tego samego tygodnia. Magda hamowała.
– Daj mamie czas – mówiła po telefonie do brata. – Ona musi to przetrawić.
Ale ja nie potrzebowałam czasu. Potrzebowałam zobaczyć.
Pojechaliśmy w sobotę, we trójkę. Bartek prowadził, Magda siedziała z tyłu i nerwowo otwierała i zamykała telefon. Marzec, śnieg już prawie zszedł, tylko w rowach przy drodze leżały brudne resztki. Za Płońskiem skręciliśmy w polną drogę, potem w wąski, ledwo widoczny zjazd między dwoma brzozami.