Mąż umarł w styczniu. U notariusza przy spisie spadku okazało się, że poza naszym mieszkaniem jest jeszcze działka pod Płońskiem. Kupił ją dwa lata po naszym ślubie. Nigdy mnie tam nie zabrał
Działka była ogrodzona. Niski płotek z drewnianych sztachet, pomalowany kiedyś na zielono – teraz farba łuszczyła się i odchodziła płatami. Za płotkiem rosły drzewa owocowe – jabłonie, śliwy, coś, co wyglądało na wiśnię. Ktoś je przycinał, bo gałęzie nie rosły dziko. Pośrodku stała drewniana altanka z ławką i stołem, a obok – mały szopek z blaszanym dachem.
Bartek pchnął furtkę. Nie była zamknięta na klucz.
Weszłam na tę działkę i zatrzymałam się. Było cicho, tylko ptaki gdzieś w brzozach i wiatr w gołych jeszcze koronach drzew. Ścieżka z betonowych kostek prowadziła od furtki do altanki. Ktoś ją kiedyś ułożył starannie, wyrównał, podsypał piaskiem.
– Tata to zrobił – powiedział Bartek cicho, jakby myślał to samo co ja.
W szopku znalazłam narzędzia ogrodowe – grabie, szpadel, sekator. Stare, ale czyste, powieszone na hakach. Na półce stały doniczki, nawóz w worku, kłębek drutu ogrodowego. Wszystko uporządkowane, jak w warsztacie Stanisława – każda rzecz na swoim miejscu.
Magda otworzyła altankę. W środku było sucho i pachniało drewnem. Na ławce leżał złożony koc – ten sam wzór w kratę, jaki pamiętałam z naszego starego samochodu. Na stole stał termos, kubek i popielniczka z jednym niedopałkiem. Stanisław rzucił palenie dwadzieścia lat temu. Przynajmniej tak myślałam.
– Mamo – Magda trzymała coś w ręku. Mały kalendarzyk, taki kieszonkowy. Otworzyła na chybił trafił. Na stronach były daty i krótkie zapiski: “przyciąć jabłoń zachodnią”, “posadzić porzeczki przy płocie”, “naprawić dach szopka – blacha od wschodu”.
Kartkowałam ten kalendarzyk stronę po stronie. Żadnych imion. Żadnych numerów telefonu. Żadnych sekretów – jeśli nie liczyć samego istnienia tego miejsca. Zapiski sięgały kilku lat wstecz.
Co miesiąc, czasem częściej, Stanisław tu przyjeżdżał. Sadziłam, że łowi ryby z kolegami, odwiedza brata w Ciechanowie albo jedzie po części do hurtowni. A on jechał tutaj. Przycinal jabłonie. Pił herbatę z termosu. Palił papierosa, którego nikt nie miał zobaczyć.
Sąsiadka z działki obok przyszła pod płotek, kiedy usłyszała samochód. Starsza kobieta, grubo po siedemdziesiątce, w kalosze i wiatrówce.
– Pani do Staszka? – zapytała, a potem zobaczyła moją twarz i chyba zrozumiała. – O Jezus. Nie żyje?
Skinęłam głową. Kobieta chwyciła się sztachety.
– Przyjeżdżał co dwa, trzy tygodnie – powiedziała po chwili. – Latem częściej. Cichy człowiek. Przywoził mi jabłka, jak miał za dużo. Kiedyś naprawił mi pompę do wody, nie chciał wziąć pieniędzy.
– Czy ktoś z nim tu bywał? – zapytałam. Głos miałam twardy, obcy.