Sąsiadka pokręciła głową.
– Zawsze sam. Siedział tam, w tej altance, albo grzebał w ziemi. Czasem widziałam, jak stoi pod jabłonią i po prostu patrzy. Myślałam, że pani wie.
Bartek odszedł za szopek. Słyszałam, jak kopie butem w ziemię. Magda stała obok mnie i milczała. Chyba czekała, aż się rozpłaczę albo zacznę krzyczeć. Nie zrobiłam ani jednego, ani drugiego. Stałam na tej starannie ułożonej ścieżce z betonowych kostek i myślałam o Stanisławie.
Znałam go. Znałam jego przyzwyczajenia – jak miesza herbatę, jak odkłada klucze, jak chrząka przed trudną rozmową. Wiedziałam, że nie lubi wstawać wcześnie, że je jajecznicę tylko na twardo, że ogląda mecze z wyciszonym komentatorem. Ale nie wiedziałam, że gdzieś pod Płońskiem rośnie jabłoń, którą posadził trzydzieści lat temu.
Wracaliśmy w milczeniu. Dopiero na obwodnicy Radomia Magda się odezwała.
– Myślisz, że miał kogoś?
– Nie – odpowiedziałam. I byłam tego pewna. Na tej działce nie było śladu drugiej osoby. Był jeden kubek, jeden koc, jeden niedopałek w popielniczce. Wszystko na jednego.
To było gorsze.
Gdyby miał kogoś – mogłabym się złościć, mogłabym mieć wroga, historię, którą da się opowiedzieć koleżankom i sąsiadkom. Ale on po prostu miał miejsce, do którego uciekał beze mnie.
Bez dzieci. Bez naszego życia. I w tym miejscu był spokojny – tego nie dało się nie zauważyć. Porządek w szopku, przycięte drzewa, czyste narzędzia. Tam nie było chaosu, który towarzyszył mu w domu, kiedy Bartek nie zdał matury, kiedy Magda się rozwodziła, kiedy ja dostawałam ataku złości, bo znowu wrócił późno i śmierdział rybami.
Nie śmierdział rybami. Śmierdział ziemią i jabłkami.
Przez następne tygodnie wracałam myślami na tę działkę. Nie pojechałam tam ponownie – jeszcze nie byłam gotowa. Ale zaczęłam inaczej patrzeć na nasze wspólne lata. Na te niedziele, kiedy wyjeżdżał “do brata”.
Na spokój, z jakim wracał wieczorem – jakby naładował baterie. Na to, że nigdy nie narzekał na brak wolnej przestrzeni w naszym trzypokojowym mieszkaniu, choć oboje wiedzieliśmy, że jest ciasno.
On miał swoją przestrzeń. Tylko mi o niej nie powiedział.
Bartek chce sprzedać działkę. Magda mówi, żebym ją zatrzymała. Ja jeszcze nie wiem. Czasem myślę, że powinnam tam pojechać wiosną, kiedy zakwitną te jabłonie, które Stanisław sadził w sekrecie przede mną. Usiąść w altance. Nalać herbaty z termosu. I spróbować zrozumieć, czego mojemu mężowi brakowało – i dlaczego przez trzydzieści trzy lata nie potrafił mi tego powiedzieć.
Jeden kubek. Jeden koc. Jedno życie, o którym nie miałam pojęcia.