Po śmierci mamy siostra wzięła jej pierścionek zaręczynowy – “na pamiątkę, przecież ty masz swoją biżuterię”. W niedzielę córka pokazała mi ogłoszenie na OLX. Cena: 950 złotych. W opisie: “po babci, stan idealny”
Magda przyszła w niedzielę zaraz po obiedzie i nie zdjęła kurtki. Stała w progu z telefonem w dłoni, z tą samą miną, jaką miała w dzieciństwie, kiedy stłukła coś w kuchni i nie wiedziała, jak mi to powiedzieć.
– Mamo, usiądź na chwilę – poprosiła.
Nie usiadłam. Kiedy córka mówi “usiądź”, to znaczy, że siedzieć jest już za późno.
Podała mi telefon ekranem do góry. Ogłoszenie na OLX, zwykłe, białe tło, jakich tysiące. A na zdjęciu, na kawałku szarej ściereczki, leżał pierścionek. Cienka złota obrączka, mały brylancik w koronce z sześciu ząbków, jeden ząbek odrobinę krótszy od reszty – bo tata dał go wyszlifować u jubilera na Żeromskiego jeszcze w latach sześćdziesiątych, kiedy zaręczał się z mamą. Ten krótszy ząbek znałam lepiej niż własne dłonie. Trzymałam tę rękę mamy przez ostatnie dwa lata jej życia, w poczekalniach, w karetce, przy łóżku.
Cena: 950 złotych. W opisie trzy słowa: “po babci, stan idealny”.
Poczułam, jak robi mi się gorąco w karku. Bo ten pierścionek miał po mamie tylko jedną właścicielkę. I nie byłam nią ja.
Pół roku wcześniej, tydzień po pogrzebie, siedziałyśmy z Marzeną w mieszkaniu mamy na Ustroniu i dzieliłyśmy to, co człowiek zostawia po sobie: serwis do kawy, szydełkowe serwetki, album ze zdjęciami, w którym byłyśmy jeszcze małe, w kusych sukienkach, na tle płotu u babci na wsi. Marzena wzięła pierścionek pierwsza. Zsunęła go z aksamitnego pudełeczka, wsunęła sobie na palec i powiedziała, nie patrząc mi w oczy:
– Wezmę go na pamiątkę. Przecież ty masz swoją biżuterię.
Miałam. Obrączkę po własnym ślubie i łańcuszek od Krzyśka na pięćdziesiątkę. Nie o to chodziło. Chciałam coś powiedzieć, ale przełknęłam. Właśnie pochowałyśmy matkę. Nie zamierzałam kłócić się o złoto nad jej jeszcze świeżym grobem. Pomyślałam: niech ma. Zawsze musiała mieć to jedno więcej.
Prawda jest jednak taka, że w głębi duszy uważałam, że ten pierścionek należy się mnie. To ja jeździłam z mamą do przychodni, to ja trzymałam ją za rękę na końcu. Ale nie powiedziałam tego głośno. W naszej rodzinie nikt nigdy nie mówił takich rzeczy głośno.
Bo tak było od zawsze. Marzena jest młodsza ode mnie o cztery lata i całe życie chodziła z przekonaniem, że dostała mniej. Mniej uwagi, mniej cierpliwości, mniej tego ciepła, które mama – trzeba przyznać – rozdzielała nierówno.
To ja byłam tą “rozsądną”, tą, która pomaga, odbiera, załatwia. Przez trzydzieści lat odbierałam cudze dzieci na porodówce w radomskim szpitalu i chyba dlatego to właśnie mnie mama wołała, kiedy trzeba było jechać do lekarza. A Marzena została z rolą tej, która “i tak nigdy nie ma czasu”. Nawet jeśli sama ją sobie wybrała, bolało ją to. Widziałam.
Siedziałam z telefonem Magdy w ręku i przez chwilę miałam ochotę zadzwonić do siostry i wykrzyczeć wszystko. Że kłamała. Że wzięła ten pierścionek “na pamiątkę”, a teraz sprzedaje go obcym za dziewięćset pięćdziesiąt złotych jak stary rower. Ale nie zadzwoniłam.
– Napisz do tej osoby – powiedziałam do Magdy. – Że kupię. Że przyjadę jeszcze dziś.
Córka spojrzała na mnie zdziwiona.
– Mamo, przecież to ciocia. Ty to wiesz.
– Wiem – odpowiedziałam. – Dlatego napisz.