Umówiłyśmy się – to znaczy umówił się “kupujący” – na parkingu przy markecie na Struga, o piątej. Napisała, że będzie w czerwonym płaszczu. Ten czerwony płaszcz też pamiętałam. Kupiła go trzy lata temu i chwaliła się przez telefon, że wreszcie coś sobie sprawiła.
Stałam oparta o maskę samochodu, kiedy zobaczyłam ją idącą między rzędami aut. Szła szybko, z torebką przyciśniętą do boku, rozglądając się za kimś obcym. Kiedy mnie zobaczyła, stanęła jak wryta. Przez kilka sekund żadna z nas się nie odezwała.
Wokół trzaskały bagażniki, ktoś wtaczał wózek pełen zakupów, gdzieś płakało dziecko. A my dwie stałyśmy naprzeciwko siebie jak dwie obce kobiety, które łączy tylko jeden mały pierścionek w kieszeni jednej z nich.
– To ty – powiedziała w końcu Marzena. Głos jej się załamał na tym jednym słowie.
– Ja – odpowiedziałam.
Wyjęła z torebki zawiniątko w chusteczce. Ręce jej drżały. Nie te ręce zdrajczyni, które sobie wyobrażałam przez całe popołudnie. Ręce zmęczonej kobiety pod sześćdziesiątkę, z popękaną skórą i obgryzionymi paznokciami.
– Nie chciałam, żebyś się dowiedziała – powiedziała cicho. – Myślałam, że sprzedam komuś z drugiego końca miasta i nikt się nie połapie.
– Marzena, dlaczego? – Tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić.
I wtedy pękła. Nie płaczem, nie krzykiem. Po prostu zaczęła mówić – szybko, jakby bała się, że jak przerwie, to już nie skończy. Że Zbyszek zamknął zakład dwa lata temu, bo nie wyrabiał z ratami za maszyny. Że wzięli “chwilówkę na chwilę”, żeby domknąć jeden miesiąc, potem drugą na spłatę pierwszej, i tak się to nakręciło.
Że od pół roku żyją z tego, że przekładają jeden dług na drugi. Że w zeszłym tygodniu przyszło pismo z sądu i musiała mieć te dziewięćset złotych od ręki, a nie miała ich skąd wziąć, i że pierścionek był jedyną rzeczą w domu, która była coś warta i tylko jej.