– A tobie nie mogłam powiedzieć – dodała. – Bo ty zawsze wszystko ogarniasz. A ja… ja nawet tego nie potrafię.
I nagle zobaczyłam to inaczej. Ten pierścionek, który wzięła “na pamiątkę”. Może naprawdę wzięła go na pamiątkę. Może to była jedyna rzecz po mamie, która miała jej powiedzieć, że też była córką, też była kochana, też coś dostała. A teraz sprzedawała nawet to – nie z chciwości, tylko z rozpaczy, po cichu, żeby nikt nie zobaczył, jak nisko upadła.
Stałyśmy na tym parkingu, dwie niemłode baby, i po raz pierwszy od bardzo dawna nie było między nami żadnego rachunku.
Nie kupiłam od niej tego pierścionka. Włożyłam jej zawiniątko z powrotem do torebki i zamknęłam na nim jej dłoń.
– Zostaw go sobie – powiedziałam. – A do sądu pojedziemy razem w poniedziałek. I do tego twojego banku. Zobaczymy, co się da zrobić.
Chciała protestować, mówić, że nie, że sama, że nie będzie mi wisieć. Ale ja już otwierałam drzwi samochodu.
– Marzena. Jesteśmy tylko my dwie. Mama umarła. Nie mamy już nikogo poza sobą. Za późno na to, żeby dalej liczyć, kto komu ile.
Wsiadła do mnie. Odwiozłam ją do domu przez całe miasto, w tej wiosennej, złotej godzinie, kiedy bzy pod blokami dopiero co rozkwitły i pachniało tak, jakby świat jeszcze o niczym nie wiedział. Nie rozmawiałyśmy wiele. Ale kiedy wysiadała, na chwilę położyła mi rękę na ramieniu – i tyle wystarczyło.
Ogłoszenie zniknęło z OLX następnego dnia. Zdążyłam zrobić zdjęcie ekranu, sama nie wiem po co. Czasem na nie patrzę. Trzy słowa, które miały być tylko opisem przedmiotu: “po babci, stan idealny”.
Myślę sobie, że babcia – moja mama – nie była w idealnym stanie. Żadna z nas nie jest. Ale to “po babci” okazało się prawdziwsze, niż Marzena chciała. Bo nie została po niej złota obrączka z brylancikiem. Została po niej ta jedna rzecz, o którą prawie pokłóciłyśmy się na śmierć: my dwie, siostry, które w końcu przestały się mierzyć.