
Trzy lata temu przy rozwodzie mąż zabrał działkę – powiedział, że ja “nawet kosiarki nie odpalę”. W maju zadzwonił sąsiad z ogródków: mąż sprzedaje, zarosło po pas. Kupiłam. W niedzielę odpaliłam kosiarkę za pierwszym razem
Kosiarka stała w szopie pod plandeką, dokładnie tam, gdzie ją zostawiłam trzy lata temu. Tyle że wtedy to nie była moja szopa, nie była moja plandeka i – jak twierdził Grzegorz – nie była moja kosiarka. Teraz wszystko się zmieniło.
Kiedy w maju zadzwonił Bogdan, sąsiad z działki numer dwanaście, myślałam że pomylił numer. Nie rozmawialiśmy od rozwodu. Od dnia, w którym Grzegorz zabrał mi działkę tak samo pewnie, jak zabrał trzydzieści lat mojego życia – kawałek po kawałku, z uśmiechem, który miał oznaczać, że to dla mojego dobra.
– Jolka, słuchaj, bo nie wiem, czy cię to interesuje – zaczął Bogdan niepewnie. – Grzesiek sprzedaje. Wywiesił ogłoszenie, ale nikt nie dzwoni, bo tam dżungla. Chwasty po pas, altanka do remontu. Pomyślałem, że może chciałabyś wiedzieć.
Chciałam. Boże, jak bardzo chciałam.
Dwadzieścia osiem lat pracowałam na oddziale położniczym w szpitalu przy Staszica. Nocne dyżury, weekendy, święta – połowa mojego życia pachniała szpitalnym środkiem do dezynfekcji. Działka była jedynym miejscem, gdzie mogłam oddychać.
Sto osiemdziesiąt metrów kwadratowych przy samym lesie, dwadzieścia minut autobusem z Lublina. Grzegorz kupił ją jeszcze w latach dziewięćdziesiątych za grosze, ale to ja przez kolejne lata sadziłam pomidory, pielęgnowałam róże, malowałam altankę co dwa lata na zielono, bo Grzegorz zawsze miał coś ważniejszego do roboty.
Przy rozwodzie prawniczka powiedziała mi wprost – działka była kupiona przed ślubem, formalnie należy do niego. Mogę walczyć o nakłady, które poniosłam, ale to będzie ciągnęło się latami i kosztowało więcej, niż ta działka jest warta.
Grzegorz nawet nie udawał, że mu na niej zależy. Powiedział tylko przy podpisywaniu papierów, z tym swoim uśmieszkiem:
– A co byś z nią robiła? Ty nawet kosiarki nie odpalasz.