Nie odpowiedziałam. Miał rację – nigdy nie odpalałam kosiarki, bo on zawsze stawał między mną a każdym urządzeniem z silnikiem, jakby kontakt kobiety ze śrubokrętem mógł spowodować wybuch. Przez trzydzieści lat byłam od kwiatów, przetworów i zamiatania liści. On był od kosiarki, piły i grilla. Tak to działało. Tak to miało wyglądać na zawsze.
Po rozwodzie zamieszkałam w kawalerce na Czubach. Córka Marta pomagała mi się urządzać, syn Łukasz dzwonił z Wrocławia co tydzień, pytał, czy mi czegoś nie trzeba. Było cicho. Czysto. Moje. Ale kiedy w sobotnie poranki stałam przy oknie z kawą, brakowało mi tego, że nie mam dokąd jechać. Że nie wsiadam w autobus z torbą sadzonek i reklamówką pełną cebulek tulipanów.
Przez trzy lata nie pytałam o działkę. Nie pytałam o Grzegorza. Wiedziałam od Marty, że ożenił się ponownie – jakaś kobieta z internetu, młodsza, z Lublina. Nie bolało. A przynajmniej tak sobie powtarzałam.
Kiedy Bogdan zadzwonił, pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było sprawdzenie ogłoszenia. Grzegorz chciał za działkę czterdzieści pięć tysięcy. Zdjęcia wyglądały jak ilustracja do artykułu o opuszczonych miejscach. Trawnik był łąką. Róże, które sadziłam dwadzieścia lat, zniknęły pod pokrzywami. Altanka miała odpadające deski i grzyba na ścianie. Drzwi szopy stały otworem.
Zadzwoniłam do Grzegorza. Nie odzywaliśmy się do siebie od ponad dwóch lat.
– Jolanta? – W jego głosie było zaskoczenie, ale nie wrogość.
– Słyszałam, że sprzedajesz działkę.
Cisza. Potem westchnienie.
– Magda nie chce tam jeździć. Mówi, że za daleko i że komary.
Magda. Nowa żona. Nie chce tam jeździć. Komary.
Przez chwilę myślałam, że powiem coś złośliwego. Że przypomnę mu, jak przez dwadzieścia osiem lat ja jeździłam tam w każdy weekend, w komary, w deszcz, w upał, i jakoś nie narzekałam. Ale nie powiedziałam. Bo to już nie miało znaczenia.
– Ile chcesz?
– Czterdzieści pięć, ale jak szybko, to mogę zejść.
Zejść. Z czterdziestu pięciu. Za działkę, którą zaniedbał do stanu ruiny. Za moje róże, moje pomidory, moją altankę.
– Dam ci trzydzieści pięć – powiedziałam. – Gotówka, od ręki.
Zgodził się w cztery sekundy. Pewnie Magda naciskała.