Pieniądze miałam odłożone – przez trzy lata oszczędzałam systematycznie, tyle że nie wiedziałam, na co. Córka namówiła mnie na osobne konto, na które przelewałam co miesiąc. Kiedy zobaczyłam sumę, pomyślałam: to jest dokładnie tyle, ile potrzebuję.
Podpisaliśmy umowę u notariusza w czwartek. Grzegorz nie patrzył mi w oczy. Przyniósł klucze od szopy w reklamówce, podał mi je jak coś, czego chce się pozbyć. Nie powiedział ani słowa o kosiarkce.
W piątek po pracy pojechałam na działkę. Sama. Stałam przy furtce i płakałam. Nie ze szczęścia – z żalu. Za tym, co tu było. Za tymi latami, kiedy klękałam przy grządkach i myślałam, że to jest moje życie, że tak już będzie zawsze. Za kobietą, która nie odpalała kosiarki, bo mąż powiedział, że nie umie.
W sobotę przyjechała Marta z mężem. Przywieźli grabie, worki na śmieci i piłę do gałęzi. Łukasz zadzwonił z Wrocławia, powiedział że przyjedzie za tydzień pomóc z altanką. Do wieczora zebraliśmy dwanaście worków chwastów. Marta znalazła pod pokrzywami jeden krzak róży – żywy, z trzema pąkami.
– Mamo, zobacz – powiedziała cicho. – Przetrwała.
W niedzielę wstałam o szóstej. Pojechałam na działkę sama. Otworzyłam szopę. Kosiarka stała pod plandeką – zakurzona, z zeschniętą trawą na ostrzach. Sprawdziłam olej, jak pokazywał filmik na YouTube, który oglądałam do drugiej w nocy. Dolałam paliwa z kanistra kupionego dzień wcześniej na stacji.
Złapałam za linkę. Pociągnęłam.
Silnik zaskoczył za pierwszym razem.
Stałam przez chwilę, słuchając tego warczenia, i śmiałam się sama do siebie jak wariatka. Kosiarki się nie zepsuły od tego, że kobieta je dotyka. Kosiarki się psują od tego, że stoją trzy lata pod plandeką, bo nikt ich nie potrzebuje.
Kosiłam do południa. Nierówno, za wysoko, z jednym pasem, który wyglądał jak ścieżka pijanego listonosza. Ale kosiłam. Sama. Na swojej działce.
Bogdan zajrzał przez płot koło dziesiątej.
– O – powiedział tylko. – O, to ty.
– To ja – odpowiedziałam, nie wyłączając silnika.
Wieczorem siedziałam na schodkach altanki z herbatą w termosie. Trawa była skoszona – brzydko, ale skoszona. Pachniało jak kiedyś. Jak te wszystkie lata, kiedy myślałam, że szczęście to jest coś, co ktoś inny ci daje albo zabiera. A szczęście to był ten zapach skoszonej trawy, ten termós z herbatą i ta cisza, w której nikt mi nie mówił, czego nie umiem.
Krzak róży przy płocie miał już pięć pąków. Przyjadę za tydzień sprawdzić, czy zakwitły.